Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Promenada
Carpe Diem
Konto Techniczne
Carpe Diem
Promenada Kv0xLQPj_o
PD : 306
Promenada ψ 18/10/2018, 13:01

Promenada
⇜ dostępna ⇝

Długi deptak, prowadzący wzdłuż części wybrzeża. Oświetlają go latarnie. Prócz bezpośredniego widoku na ocean, można tam usiąść i skorzystać z usług kawiarni, lodziarni, bądź restauracji i różnych butików z pamiątkami. Miejscami można zejść z niego na bardziej atrakcyjne turystycznie plaże, gdzieniegdzie znajduje się jednak murek, za którym są już tylko wody Pacyfiku.
⇜ code by bat'phanie ⇝
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 17/1/2019, 12:04
[ 15.11.18 ]
_____________________

To było wyjątkowo leniwe, czwartkowe popołudnie. Żadnych wezwań. W taką paskudną, deszczową pogodę ciężko byłoby zaprószyć jakiś ogień, a i wydawało się, że tego akurat dnia żadne koty nie postanowiły utknąć na drzewach. Większą część służby Arthur spędził na odsypianiu nocy, bo choć Jim był kochanym psiskiem, niemiłosiernie rozpychał się na kanapie, co skutkowało niekoniecznie komfortowym wysypianiem się. Nie było to jednak nic, na co Carstairs mógłby czy w ogóle chciałby narzekać. Na posterunku było mu wszak wygodnie i panowała względna cisza, przerywana wesołymi okrzykami reszty strażaków, którzy oglądali akurat powtórkę jakiegoś meczu w internecie.
Ze snu wyrwała go syrena alarmująca o jakimś wypadku. Dyspozytorka informowała, że chodzi o pożar jakiejś lodziarni na promenadzie, która o tej porze roku pewnie świeciła pustkami. Kto wie, czy to nie jakiś podpity małolat postanowił popisać się przed kolegami i podrzucić ogień gdzieś do zamkniętego lokalu. Arthur w takich chwilach działał automatycznie, wiedząc doskonale, co należy zrobić. W pośpiechu włożył strój strażacki, mijając po drodze kilku współpracowników, którzy podobnie jak on spieszyli czy to po hełm, czy to po potrzebny sprzęt.
Na miejscu pojawili się w raptem kilkanaście minut. Syrena zwiastująca przyjazd straży zapewniła im miejsce na zatłoczonych o tej porze drogach Astorii, dzięki czemu uniknęli stania w długich korkach. Art mógłby przysiąc, że z roku na rok w Astorii było więcej obywateli, a co za tym idzie i pojazdów. Jednak na zasnutym mgłą i chmurami, ciemniejącym już niebie, nie było ani śladu dymu. Wzbudzało to nadzieję na to, że pożar nie zdążył się rozprzestrzenić. Albo wskazywało, że zgłoszenie było fałszywe. Nie byłby to przecież pierwszy raz, a po kilku pierwszych tego typu alarmach podnoszonych przez żartownisi, przestawały irytować.
Arthur wyskoczył z wozu, upewniając się, czy adres był właściwy. Podjechali od tyłu, bynajmniej nie od strony samej promenady, która nie była przejezdna. Zebrało się trochę gapiów, zaciekawionych interwencją strażacką, jednak żadnego pożaru nie było widać. Należało to jednak sprawdzić, a ciężar ten przejął na swoje barki właśnie Carstairs. Podszedł do lodziarni i zajrzał do środka, nie widział jednak bynajmniej nic niepokojącego. Przyłożył dłonie schowane za grubymi rękawicami do zaciemnionych szyb, żeby lepiej widzieć.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 17/1/2019, 20:41
To nie mogło trwać wieczność, powoli zaczynała się zwyczajnie męczyć upierdliwością własnego naczynia. Zdarzało jej się, że śniła sny, mimo, że dawno zapomniała co to znaczy mieć marzenia. Nie były to znane jej twarze, nie były to normalne dla niej sytuacje, budziła się zmęczona mimo, że jako takiego zmęczenia fizycznego nie zaznała już od wielu lat, śmiało można by rzec, że nigdy. Poświęciła skrawek, fragment swojej uwagi tym dwóm pudełkom wypełnionym zdjęciami obcego mężczyzny. Wzięła w dłonie starą koszulkę, próbując wyłowić z pamięci wspomnienie skąd się znalazła w jej domu. Zmarnowała swój cenny czas na zapoznanie się z tym, w czym przyszło jej funkcjonować z zasady po to, żeby móc zapanować nad patologicznymi odruchami, jakie po dziś dzień jej się zdarzały.
Chodziła wokół tego jak pies wokół jeża, nie miała takiego sprytu jak jej naczynie, ani braku godności, by siedzieć w krzakach, nie zamierzała podglądać go przez okno bo to przecież niegodne, nie planowała nikogo śledzić, a już na pewno nie w taką psią pogodę. Nie miała w sobie, pozornie niestety, żadnej z cech jakie napędzały Aurelię Garland do tej chorej miłości. Miała jednak zupełnie inny arsenał.
Przekonanie przechodnia do wykonania telefonu i zełgania w celu wezwania strażaków na miejsce, w którym nic się nie paliło nie było trudne. Miała nawet wrażenie, że to dekolt jej ślicznej sukienki w retro kroju zadziałał bardziej, niż demoniczna siła perswazji. Dla pewności poprosiła dżentelmena, żeby kompletnie zapomniał z kim rozmawiał zaraz po tym jak wezwie straż pożarną.
Miejska promenada była jednym z niewielu miejsc, które lubiła w tych okolicach. Wciąż wydawało się jej, że Astoria jest mała i śmierdząca w porównaniu z jej rodzinnym dworkiem w Bukareszcie, uczyła się jednak wyjątkowo sprawnie wpasować w dzisiejszy świat. Pewne rzeczy fascynowały ją bardziej niż inne, na przykład: telefony komórkowe! Od swojego, i Candy Crush Sagi, nie mogła się oderwać w żadnej chwili, nawet teraz, uplótłszy gobelin z obrzydliwych kłamstewek, siedząc niewinnie przy jednym ze stolików, palcem przewijała śmieszne obrazki, kiedy kątem oka dostrzegła odbijające się w wodzie błyski świateł. Syrena wozu strażackiego była donośna, wyparła jednak przysłuchiwanie się dźwiękom, przyjmując fakt skupiania się na zbyt wielu zmysłach na które jej naczynie było najwyraźniej nadwrażliwe, za wysiłek zbyteczny.
Poprawiwszy włosy wrzuciła telefon do wielkiej torebki i jak na aktorkę doskonałą, z miną przestrachu ruszyła gazela delikatnym pląsem w stronę drzwi, gdzie potknęła się i wyłożyła jak długa w rozchełstanym płaszczu, myśląc tylko o tym, czy nie rozbiła zbyt poważnie kolana. Jeszcze tego jej brakowało, żeby uszkodzić sobie przy tej taktycznej rozgrywce szachowej swoje cenne naczynie. Torebka pofrunęła po mokrej ziemi, wypluwając gazetki, telefon i powerbank w kształcie kotka, klucze i całe dobrodziejstwo, to jednak nie było teraz ważne.
Widząc wielkie strażackie buciory podniosła do góry sarni wzrok, szklący się już nie tyle od udawanych emocji przestrachu co rzeczywiście z bólu stłuczonego kolana. Miała nadzieję, że którykolwiek ze strażaków prędzej czy później doprowadzi ją do nieszczęsnego Arthura, szczęście lubi jednak dopisywać niegodziwym. Uniosła rozdrapaną na nadgarstku od upadku dłoń do ust zasłaniając je lekko w geście przestrachu.
- Czy coś się pali?! - sapnęła cicho, rozglądając się pospiesznie. Światła alarmowe nadawały całej scenerii jakiegoś filmowego klimatu, ludzie oglądający się trochę ze zdziwieniem, trochę niedowierzaniem, szukając źródła całego zamieszania i tylko jedna osoba wiedziała, że żadnego pożaru nie ma. Choć trudno nazwać ją osobą.







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 19/1/2019, 09:56
Dłuższą chwilę zajęło pojęcie, że żadnego pożaru istotnie nie ma. Sęk w tym, że w podobnych sytuacjach ludzie działali nie mniej automatycznie od samych strażaków. Zwykle jednak w przypadku tych pierwszych, na swoje nieszczęście zupełnie nie wiedząc, co robić, wpadali w niepotrzebną nikomu w takich chwilach panikę. Pewnie dlatego we wnętrzu lodziarni, zamiast buchających płomieni, które mogły zostać wywołane zwarciem gofrownicy, zauważył tylko klientów, wstających pospiesznie ze stolików i rozglądających się z niepokojem. Teraz brakowało tylko by ktoś wykrzyknąłby pożar, a zapanowałby chaos. Arthur tego nie lubił. Gaszenie pożarów było wystarczająco trudne, a gdy dochodził do tego czynnik ludzki, robiło się prawdziwe bagno. Nagle zaczynało brakować zdrowego rozsądku i zrozummy się - nie miał tego ludziom za złe. Gdy w płomieniach staje Twój dobytek, masz całkowite prawo panikować. Niemniej czasem urastało to do tak absurdalnej rangi, że kończyło się na tym, że zamiast pozwolić strażakom wykonywać swój zakichany obowiązek, jeszcze im to utrudniano. Czasami jednak, tak jak teraz, zagrożenie okazywało się nie istnieć. Gdzieś w oddali zasłyszał, jak Sam uspokaja przechodniów, że nic złego się nie dzieje. Pewnie będą musieli teraz zawiadamiać o tym policję. Fałszywe alarmy były wszak karalne.
Już miał odwrócić się w stronę kolegów, już miał wołać, że prawdopodobnie fałszywy alarm, ale trzeba sprawdzić dokładniej. Gdyby zdążył odejść, zapewne oszczędziłby sobie i tak nieuniknionych nieprzyjemności, o których w tej chwili nie miał jeszcze zielonego pojęcia. Zdjął hełm i palcami przeczesał ciemne włosy, przyklapnięte ciężkawym nakryciem. O ile łatwiej byłoby, gdyby w zgiełku panującym na promenadzie, jego uszom umknął charakterystyczny grzechot, jakby coś upadło i się rozsypało. Syreny zostały jednak wyłączone. Usłyszał. Wzrok automatycznie podążył w tamtym kierunku, a kiedy dotarło do niego, co ma przed oczami, postanowił pomóc, bo to przecież jego praca, nie? Zarówno ta, w której był teraz, jak i ta, którą zajmował się po godzinach. W tym drugim przypadku właśnie koncertowo dawał dupy, bo czy chociaż przez myśl mu przeszło, że nie tylko on niczym Superman i Clark Kent ma dwie tożsamości, z czego jedną skrzętnie ukrywa? Gdyby Arthur miał odrobinę lepszą pamięć wiedziałby, że z uroczą panną o sarnim spojrzeniu (której chyba nikt nie mógłby podejrzewać o złe zamiary, a jakiś związek z tym mógł mieć głęboki dekolt, który skupiał sporą dawkę ludzkiej uwagi), miał już do czynienia. Niestety nie miał. I nawet przez myśl mu nie przeszło, że to wszystko nie było dziełem całkowitego, zwykłego przypadku.
Podszedł do kobiety, przepełniony wielką, dobrą wiarą w to, że pomaga właśnie damie w opresji. Oh boy, bardziej pomylić się nie mógł, a jednak błoga nieświadomość dodawała mu animuszu.
- Zdaje się, że to fałszywy alarm - odparł podchodząc. Przykucnął przy Aurelii, spoglądając na rozbite kolano. - Oho, mamy ranną - dodał, uśmiechając się krzywo. Zdjął grube rękawice i podał jej rękę, chcąc pomóc wstać z mokrej ziemi. Tuż po tym schylił się, gwoli pozbierania rozsypanych rzeczy.
- Wszystko w porządku? Nie wygląda to dobrze, ale chyba nic pani nie będzie. - Podał brunetce torebkę, wskazując brodą na kolano. Z jakiegoś przedziwnego powodu jego mózg sugerował mu, że skądś kojarzy tę kobietę. Nie potrafił sobie jednak przypomnieć, skąd. Zupełnie jakby złośliwie coś mu odcinało dostęp do informacji. Mógłby przysiąc, że widział już kiedyś to spojrzenie, ale uparcie nie mógł dotrzeć do tego, gdzie. Być może zatem, że badawcze spojrzenie którym obdarzył pannę Garland odrobinę się przedłużyło.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 19/1/2019, 17:42
Panika sama w sobie była czymś, co demonicę by wielce ukontentowało. Nie mogła zaprzeczyć, że aromat unoszącego się w powietrzu niepokoju był niezwykle przyjemny, nawet jeśli był bardzo delikatny i szybko się rozmywał. Oczywiście o wiele przyjemniej byłoby doświadczyć prawdziwie soczystej, bogato przyprawionej paniki i strachu, nie będąc jednak jeszcze wielce doświadczoną w tej całej grze bycia opętaną wolała tym razem uniknąć zaprószenia ognia w miejscu, z którego mogłaby nie uciec w porę. Musiała dbać o swoje naczynie przynajmniej tak samo, jak ono dbało o siebie, jak nie bardziej nawet. Wszystko w swoim czasie, powtarzała sobie przez całą wieczność w piekle, przez całą wieczność swojego niegodnego istnienia w niebycie, wszystko w swoim czasie. Była urodzonym taktykiem, spokojnym szachistą, planowała z wyprzedzeniem niejedno posunięcie, nie tylko swoje, ale dla pewności i różne ścieżki potencjalnych reakcji swojego otoczenia. Do pozostania doskonałym, wiernym sługą swojego przełożonego na ziemi potrzebowała tylko jednego. Pełnej kontroli nad zamieszkiwanym naczyniem - a to okazało się niemal przerastać jej możliwości.
Aurelia Garland jako człowiek była dotknięta dziwnym autyzmem, schorzeniem umysłowym, który żelazną klamrą trzymał jej osobowość na torach szaleństwa. Im dłużej przeglądała stronice wspomnień kobiety, tym wyraźniej widziała, że jej osobowość od zawsze była słaba, jak łodyżka próbująca sięgnąć słonca wewnątrz stalowego silosu. Dlatego to opętanie było takie łatwe, dlatego wypełzła z piekła, dlatego wszystko się zmieniło. Przekonana, z bezbrzeżną arogancją typową demonom, o swojej wszechwładzy i nieomylności, dzień w dzień jednak potykała się o łańcuchy spinające psychikę Garland, co chwilę wątpiąc i złorzecząc na swoją decyzję.
Wszystko. Przez. Niego.
Biedny strażak nie był świadom niczego, poza tym, że leży przed nim kobieta. Serce jej zabiło z taką gwałtownością, że zawirowało jej w głowie na co demonica syknęła w duchu, niespokojnie wiercąc się po tej niewielkiej przestrzeni w jakiej teraz bytowała. jak to mówią, byka za rogi, tak? A strażaka za rękę.
- Na-na pewno? - zająknęła się, ocierając szybko wierzchem dłoni oczy, jakby ze wstydu, że tak okazuje słabość, choć to wszystko jedynie kokieteryjna gra ukartowana, przetestowana i praktykowana przez demonicę jeszcze za jej życia i kariery czarnej wdowy- Bardzo boję się ognia, kiedyś omal nie spłonęłam. - powiedziała głosem na krawędzi płaczliwości, przyglądając się jak zdejmował rękawiczki.
Demonica uśmiechnęła się w duchu.
- Proszę mnie nie zostawiać. - powiedziała, zaciskając palce na jego pomocnie wyciągniętej dłoni. Kontakt fizyczny był jej najgorszą zmorą. Kiedyś przyjmowała z przyjemnością nawet takie drobne gesty, kiedyś lubowała się w elektryzujących, delikatnych jak skrzydła motyla muśnięciach, zalotnych, żarliwych, pełnych ochoty. Teraz? Praktycznie zdrętwiała jej ręka.
To takie uciążliwe...
Podniosła się z wdzięcznością, kolana jej jednak zmiękły niemal natychmiast, zaraz więc chwyciła się jeszcze drugą ręką jego przedramienia. Jęk w jej wnętrzu był niemal ogłuszający. Wszystkie lampki alarmowe w statku matce szalały mrugając jak pojebane, Garland chciała jednocześnie być tu i zapaść się pod ziemię, trzymać go i uciekać z wrzaskiem, powiedzieć coś, ale nie mogła, nie mogła oddychać.
I nieszczęsny demon, nie wiedząc w co ręce włożyć w tym bałaganie, stojąc po prostu jak gęś głupia na polu czerwieniła się jedynie wpatrując w Arthura równie niepoprawnie długo, co on w nią. Próbowała zapanować nad chaotyczną reakcją swojego naczynia, nic to najwyraźniej, tyle składowych, tyle kłód pod nogi, porażka na porażce zdawać by się mogło. Cud jeden, że gębę utrzymała na kłódkę, bo czuła przecież jak jej jęk podchodzi pod gardło wibrujący i ciężki jak płacz złamanej duszy.


Rzut na sugerando + 20 bonusa rasowego







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Los
Konto Techniczne
Los
PD : 138
Re: Promenada ψ 19/1/2019, 17:42
The member 'Aurelia Garland' has done the following action : Rzut kostkami


'Rzut k100' : 27
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 27/1/2019, 19:44
Jak zupełnie różny byłby przebieg tego spotkania, gdyby Arthur wiedział, że ma przed sobą pomiot piekielny, który zresztą na tym ziemskim padole pojawił się w jakiejś części z winy jego nieostrożności. Kto by jednak uwierzył, że jakieś nieszczęsne dziewczę mogło dostać takiego bzika na jego punkcie, że włamała mu się do mieszkania? W panującym tam chaosie łatwo było przeoczyć ślady cudzej bytności; zwłaszcza, że zdecydowanie więcej czasu spędzał poza domem, niż w nim. Uznałby jednak za niewątpliwie ironiczne, że przecież ledwo co rozmawiał z Isabellą na temat tego, że w Astorii nie ma nic dziwnego; choć sam nie do końca w to wierzył, wiedziony zawodową paranoją, był już gotowy na to przystać, nieświadom jeszcze bogatego życia podziemnego nadnaturalnych w tym mieście. Jak również tego, jak ambitne mieli oni plany na przyszłość dla ludzkości.
W spotkaniu które właśnie miało miejsce nie widział nic nieszkodliwego, a zatem typowa dla niego łowiecka ostrożność została uśpiona. Nie spodziewał się ataku tutaj, teraz, myślami wciąż pozostając przy procedurach, które będą musieli uruchomić w przypadku fałszywego zgłoszenia. Ludzie powoli się rozeszli, wracając do własnych spraw, zupełnie jakby cała akcja nie miała miejsca. Tylko ci co bardziej wytrwali zaczepiali pozostałych strażaków, chcąc koniecznie dowiedzieć się, co dokładnie się stało. Jakiś staruszek strofował współpracownika Arthura wspominając, że dwutlenku węgla wcale nie czuć i z pewnością chodziło o to. Carstairs przestał jednak nadstawiać ucha, łagodne spojrzenie kierując na Aurelię.
- Na sto procent. Proszę się nie martwić - zapewnił pokrzepiająco, a przez myśl nawet mu nie przeszło, że najlepiej zrobiłby racząc uroczą nieznajomą potężnym chluśnięciem wodą święconą. Czasem nieświadomość była dobra, bo umożliwiała lepszy sen nocami. Czasem jednak bywała zabójcza i tak było w tym przypadku. On, Carstairs, nieodzowny syn swego ojca, stracił czujność i to w najgorszym możliwym momencie. Za lekkomyślność się płaci.
Kiedyś omal nie spłonęłam.
Zupełnie jakby oporne trybiki w głowie Arthura w końcu ruszyły pełną parą. Gdzieś w głowie zaświtała myśl, że w końcu wie już chyba, skąd kojarzy tę kobietę. Nie zapytał jednak o to, nie chcąc narażać się na śmieszność.
- Wszystko mamy tutaj pod kontrolą proszę pani, nic się nie pali. Proszę mi zaufać - uśmiechnął się krzywo, raz jeszcze przeczesując włosy palcami. Niezbyt dobrze czuł się w konfrontacji z takimi obawami, ale przywykł już do cudzego strachu. Nawet jeżeli w tej chwili był jedynie przedstawieniem, o czym nie przywiązując dużej wagi do sytuacji, nie mógł mieć pojęcia.  - Proszę wziąć głęboki wdech - zasugerował, spoglądając na Aurelię wyczekująco. - Czuje pani dym? Nie. A więc nie ma się czym przejmować. - Przełożył kask pod pachę. Częściowo liczył, że dotlenienie się dobrze kobiecie zrobi, bo wyglądała naprawdę niemrawo.
- Nie zostawiam - odparł, zanim właściwie zdążył pomyśleć, że powinien się już zbierać razem z resztą strażaków. Sam go zresztą nawet zawołał, ale Arthur odwrócił się do niego i machnął ręką na znak, że zaraz przyjdzie. I gdyby to dziwne ukłucie przymusu dało mu do myślenia, przyjrzałby się Garland nieco lepiej. A jednak tego nie zrobił.
- Dobrze się pani czuje? - Zapytał po chwili, przyglądając jej się z uwagą. To się czerwieniła, to znów bladła. Carstairs nie był pewny, czy to przypadkiem nie atak jakiejś choroby. Uzasadniając to sobie w ten sposób, położył jej rękę na ramieniu i pochylił się ku niej nieco. - Mam wezwać pogotowie?







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 27/1/2019, 20:40
Co najmniej wodą święconą, może jakimś biblijny wersetem, dobrze związać i wypędzić póki jeszcze słaba i świeża w tym otoczeniu, w tej przestrzeni. Demonica była arogancka, nawet jak na piekielne pomioty. Była przekonana o tym, jaka jest specjalna, że mimo iż spędziła w piekle wcale nie największy ułamek wieczności to i tak właśnie ją wybrali do powtórnego przyjścia na ziemię. Czy świadczyło to o niej źle? Bardzo. I to bardzo dobrze.
Przyglądała się strażakowi z uwagą, próbując znaleźć powody dla których Garland stawała by się przy nim kompletną kretynką. Była jednak już tak kompletnie odrealniona od uczuć jakie powodzą ludźmi, że nie umiała ani dostrzec jego szarmancji, ani wyczuć ze wspomnień szlachetności.
Zgodnie z przykazem wzięła rozpierający pierś głęboki wdech przymykając oczy i oczywiście nie wyczuła żadnego dymu, bo żadnego pożaru nie było na kosmate skarpety Caima. Uśmiechnęła się lekko z jakby ulgą i znacznie większym spokojem malującym się na twarzy.
- Dobrze, zaufam. - powiedziała z lekkim rozbawieniem, chcąc rozładować atmosferę. Spojrzała przez ramię na wołającego strażaka i choć próbowała dla własnej wygody zapamiętać jego twarz, Aurelia bardzo, ale to bardzo chciała dalej patrzeć na swojego najumileńszego. Czuła pewną satysfakcję z możliwości, zdolności swoich, które powoli i z namysłem odkrywała, ćwiczyła, jak ćma wykluta z kokonu czekająca na pełną sprawność swych skrzydeł.
Carstairs było nazwiskiem demonicy znanym, fakt, że przetrzymywał w domu materiały dzięki którym udało jej się znaleźć na powrót wśród śmiertelnych jedynie potwierdzało obawy. Czy jednak działał aktywnie? Czy był niebezpieczny? Wydawał się zwykłym człowiekiem i to mogło być błędem ich obojga, śmiertelnym w skutkach w przyszłości błędem - bagatelizowanie tego, kim na prawdę może być osoba stojąca na przeciwko.
Słysząc zatroskanie w jego głosie jęknęła i zasłoniła dłońmi twarz.
- O rany, ale muszę wyglądać idiotycznie... - szepnęła zza kotary palców zamykając oczy- Przeszkadzam człowiekowi w pracy bo boję się ognia, którego ne ma. - żachnęła się uciekając ze wstydem wzrokiem. Jednocześnie musiała szybko zaplanować kolejne kroki, kolejne posunięcia. Było jej trudno przypomnieć sobie co wypada a czego nie wypada robić w takiej sytuacji głównie dlatego, że piekło, czyli wszystko to co znała, było niekończącą się karuzelą koszmarów i subtelności niekoniecznie były tam cechą poważaną.
Jego dłoń na ramieniu wybuchła szalonym tańcem spięć nerwowych, jakby ktoś jej przyłożył do ramienia coś bardzo przyjemnego i ciepłego. Czuła jak strasznie, ale to strasznie chciałaby się do tej dłoni przytulić i wzdrygnęła się na to uczucie niemal fizycznie.
- Przepraszam, strasznie przepraszam. - założyła włosy za ucho i nieśmiało podniosła na niego wzrok, co zaowocowało kolejną palpitacją przedsionków i kolejnym ciężkim w duchu westchnieniem- Po prostu... mam wrażenie... Czy ja Pana nie znam? - rzuciła niepewnie, by zaraz potrząsnąć głową- To niedorzeczne, przepraszam, proszę nie odciągać się od pracy dla niedorajdy z promenady. - szybko machnęła ręką w geście, jakby chciała, żeby natychmiast zapomniał o tym co powiedziała.
Słodkie.
Podświadomie jednak przyglądała się temu jak się zachowywał. Czy był zdenerwowany? Czy garbił ramiona w uspokajającym geście? Może był już zniecierpliwiony. Może rozeźlony? Sięgnęła dłonią do kieszeni płaszcza w poszukiwaniu chusteczki z zamiarem wytarcia brudu ze zdartego kolana, zachwiała się jednak, trochę na prawdę trochę na wyrost, pilnując taktycznie w jakim jest miejscu i w który kierunku ewentualnie lecieć. Wiadomo było jedno - nie na to samo kolanko.







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 28/1/2019, 09:59
Nie mógł być i nie był świadomy tego, jakie spustoszenie poczynił beztrosko w życiu Aurelii Garland, które poniekąd zakończyło się wraz z nowym, nieproszonym lokatorem, z którym nie tyleż zaczęła ciało dzielić, co nie miała innego wyboru, jak mu je odstąpić. Polował na nadnaturalnych odkąd pamiętał, a jednak styczność z demonami miał marną. Głównie dlatego, że istoty te kryły się znacznie lepiej niż wszystkie te, którym zdradziecka natura poskąpiła inteligencji przewyższającej pierwsze lepsze zwierzę, zwabione zapachem ludzkiej krwi i nieszczęścia. Niechybnie zdziwiłoby go, jak daleko to sięga w tym mieście. W wielu aspektach Isabella miała rację, również w tym, że nie należało popadać w nadmierną paranoję, bo ta posyłała prosto w ramiona obłędu. Gdyby zaczął podejrzewać każdą napotkaną osobę o bycie kimś innym niż wydaje się na pierwszy rzut oka, równie dobrze mógłby od razu dać się zakuć w kaftan. A jednak czasem to pomagało. Syreny imitujące ludzki wygląd, odmieńce, które sprytnie uderzały tam, gdzie człowieka najłatwiej było złamać... Tak to już działało. A on mimo wszystko postanowił sobie słowa o nie popadaniu w paranoję przyswoić akurat wtedy, gdy odrobina podejrzliwości sprawiłaby się najlepiej.
Arthur nie był zdenerwowany czy zakłopotany, przeciwnie, zdawał się albo doskonale wiedzieć co robi, albo zwyczajnie udawać że wie. Śmiało można było jednak zakładać, że to ta pierwsza opcja. Praca uodporniła go na tego typu sytuacje, stąd ciężko u niego o niecierpliwość czy okazywaną jawnie irytację. Przynajmniej do pewnego stopnia, bowiem prywatnie sprawy miały się różnie. Wystarczyło jednak przywdziać strażacki uniform, a coś przeskakiwało mu w głowie. Sarkastyczne na ogół, kąśliwe komentarze spychał na bok, zostawiając je sobie dla najbliższych.
- Skoro nie ma ognia, to nie ma i pracy - zauważył, ze szczerymi intencjami chcąc sprawić, że kobieta się uspokoi i poczuje trochę lepiej. Carstairs był, jaki był, ale generalnie należał raczej do ludzi pogodnych, a przynajmniej tak z zapałem udawał. Liczył chyba, że jeśli przekona do tego wszystkich wokoło, naprawdę tak się stanie, w myśl powiedzenia kłamstwo powtarzane sto razy staje się prawdą. A może nie było takiego powiedzenia i coś przeinaczył? Nieistotne.
- Proszę nie przepraszać, naprawdę. - W tejże oto chwili zaczął poważnie zastanawiać się, dlaczego właściwie jeszcze tu stoi, skoro naprawdę nic się nie stało. A tak, choroba. Pogotowie. Obowiązki pomagania obywatelom. - Zastanawiam się, czy przypadkiem to nie ja wyciągałem panią z ognia. Pożar pracowni krawieckiej? - Zapytał, unosząc brew. Pstryknął palcami, jakby usiłował przypomnieć sobie, czy aby na pewno nie poprzekręcał faktów. Ale mógłby przysiąc, że dziwne uczucie deja vu jakiego doznał na widok Aurelii nie wzięło się znikąd, a teraz skoro ona sama poruszyła ten temat uznał, że można w końcu to doprecyzować.
- Na pani usprawiedliwienie powiem, że w takich butach na takim podłożu można wpaść w poślizg, więc nie byłbym wobec siebie taki surowy - rzucił lekko, wciąż nie węsząc, że ten niezwykły zbieg okoliczności, wcale zbiegiem okoliczności nie był, a zamiłowanie panny Garland do znajdowania się w rzekomo bezpośrednim niebezpieczeństwie mogłoby niejednego zastanowić. Był spokojny, a jego spokój mógłby się udzielić, gdyby nie fakt, że demonom raczej ciężko byłoby takowy osiągnąć.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 29/1/2019, 00:01
Magiczny przełącznik, jaki działał w jego głowie w momencie ubierania zbroi prawości i odwagi jakim był niewątpliwie strażacki uniform, był trochę rzeczą niezwykłą i godną podziwu, ale też i przekleństwem. Możliwe, że nie zawsze, możliwe, że nigdy, ale dla potwierdzenia reguły akurat w tym przypadku - przekleństwem. Demonica jęknęła w duchu, kiedy upojony jego obecnością umysł Garland po raz trzy tysiące dwudziesty siódmy odtworzył jego wilgotną od potu, zmartwioną sytuacją twarz, kiedy w przebłysku świadomości obudziła się wtedy w jego ramionach. Gdyby mogła wywróciłaby oczami, jednakże mogłaby to być raczej nietrafiona reakcja w kontekście rozmowy, którą tak sprawnie zaczynała prząść. Znajdując potwierdzenie w jego słowach, dopinając ostatnie guziki tego zgrabnie skrojonego kaftana, dochodziła do wniosku ostatecznego i jedynego, na jaki był zdolny jej potworny umysł wpaść.
Należy się go pozbyć.
Problem - solucja. Carstairs był ewidentnie jedynym powodem dla którego jej, pożal się, naczynie było wadliwe. Nie będzie Carstairsa nie będzie problemu. I choć już czuła rosnący na tę myśl niepokój w żołądku, zignorowała go dobrodusznie (ha) kontynuując całą tę wspaniałą szopkę.
Powoli przetarła kolano, szczypało jak głupie, ale czym było szczypanie w porównaniu z małą wiecznością w piekle? Szkoda tylko, żeby został ślad. Naczynie było takie cenne, takie ładne. A co jak wda się zakażenie?! Zaraz jednak wszystko poskładało się prędko w jedną całość, giętką harmonię grającą czule nutki pod to całe przedstawienie, które szykowała przecież nie od dziś. Powoli podniosła głowę, jaszczurka łeb z kamienia.
Przyglądała się jego twarzy otwierając szerzej oczy, patrz, sarna z iskrą zrozumienia skaczącą po źrenicy, uśmiecha się nagle z lekkim zawstydzeniem, ale i szczęściem jakimś, takim dziecinnie szczerym. Mruga, coś powiedzieć chce, ale pąsowieje głupio jak mała dziewczynka na co znów nerwowo zakłada włosy za ucho.
- Tak! To pan! Nie wiem... Bardzo... Nie wiem... - zająknęła się z tym wstydliwym uśmiechem- Chyba nie miałam jak podziękować, nie podziękowałam wtedy wcale. - odstąpiła krok usłużnie, grzecznie, jakby chcąc mu pokazać, że wcale nie chce stać mu na drodze bo taka jest zawstydzona, taka jest wdzięczna i ogłupiała strasznie niemożliwie- Czy może, któregoś dnia, w ramach rewanżu zechciałby Pan, może chciałby Pan, miał czas na kawę..? - wybełkotała bez sensu i zaraz wzdrygnęła bardzo przekonująco - Ugh, kretynka - mruknęła do siebie- Człowiek ratuje mi życie, a ja zapraszam go na kawę. - zasłoniła twarz w geście kompletnego zażenowania i odwróciła się od niego- To przez to całe zamieszanie, nie wiem co gadam, same głupoty. - szybko się usprawiedliwiła oplatając się płaszczem i obejmując ciaśniej ramionami.
To by było na tyle jej aktorzenia, wiedziała, że przecież nie może przedobrzyć, że to zawsze jest subtelna gra, taniec po cienkim lodzie. Powoli zarzucana zanęta, drobne zmarszczki na wodzie załamujące światło. Cierpliwość była cechą, której się zdążyła nauczyć, jak kamień w wodzie, rybak na brzegu, wpatrując się bez ruchu w jeden punkt, wstrzymać oddech, zwolnić bicie serca. Niektóre bitwy się przegrywa, inne zwycięża, wszystko to jednak jedynie małe kroki na drodze do zwycięstwa. Na chwilę obecną wydawało się jej, że Carstairs to po prostu przeszkoda, mały człowiek, przez którego jej naczynie jest nieposłuszne. Nie mogła mieć nawet cienia podejrzeń, że w niedalekiej przyszłości to od niego może zależeć czy w ogóle będzie na tym świecie. Wszystko pokaże czas, tylko cierpliwie, cierpliwie...


Rzut na sugestie + 20 bonusa rasowego







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Los
Konto Techniczne
Los
PD : 138
Re: Promenada ψ 29/1/2019, 00:01
The member 'Aurelia Garland' has done the following action : Rzut kostkami


'Rzut k100' : 25
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 1/2/2019, 13:00
W dalszym ciągu nieświadom, że ktoś tutaj właśnie planuje małe ludobójstwo, zupełnie beztrosko w ogóle nie myślał o kobiecie w kategoriach zagrożenia. Można było się tu upatrywać jakiś zupełnie przyziemnych powodów, takich jak przyjemna aparycja Aurelii, czy niezdarne aczkolwiek pełne uroku zachowanie. Carstairs nie był jednak typem człowieka, któremu kawałek spódnicy przysłaniał trzeźwy ogląd na sprawę. Ot, rozmawiali sobie po prostu, a skoro rozmowa nie wykraczała poza tę kanwę, nie było powodów do obaw. Jeszcze w tej chwili był stuprocentowo przekonany o tym, że lada chwila pożegnają się, a każde pójdzie w swoją stronę i nie spotkają się nigdy więcej. Chyba, że znowu coś w otoczeniu panny Garland postanowi stanąć w ogniu.
Rzucił okiem na szkody poczynione przez upadek, jakby chciał się upewnić, że na pewno wszystko jest w porządku. Przyglądał się im nawet o sekundę dłużej, niż wypadało. Nieznajoma wydawała się być dość zaaferowana obtartym kolanem, a nie była to wszak szczególnie głęboka rana. Bardzo w stylu Arthura byłoby w tym momencie rzucić jakimś nieszczególnie taktownym żartem, dlatego ugryzł się w język i raz jeszcze kontrolnie zerknął przez ramię, jako że reszta strażaków zbierała się już powoli do wozu. Zauważył jednak kilku kolegów, którzy podobnie jak on uspokajali przechodniów, więc wrócił spojrzeniem do Aurelii akurat by odnotować to, że najwyraźniej go rozpoznała. Było to o tyle pocieszające, że nie musiał już zastanawiać się, czy to mózg nie płata mu figli.
- Nie musi mi pani dziękować, to moja praca. Opłacana przez podatników, więc uznajmy, że się wyrównuje - odparł rozbawiony. Nie było w tym śladu fałszywej skromności, czy oznak bycia łasym na pochwały. Arthur naprawdę tak myślał, zresztą nie dotyczyło to tylko jego. Obowiązki zawodowe były obowiązkami zawodowymi, nieważne czego dotyczyły. Otrzymywał za to zapłatę, to wystarczało. Satysfakcja z wykonywanego zawodu też była istotna, ale z Carstairsa żaden idealista. Nieco inaczej miały się sprawy z łowieckim fachem. Tam nie było co liczyć na podziękowania ani zapłatę; co z tego jednak? Był jak cholerny Batman, tylko że nie.
- Chciałbym, miałbym. - Słowa padły zanim właściwie zdążył zastosować sprytny odwrót taktyczny. Arthur miał tę bardzo nieciekawą przypadłość, że jego znajomości były zazwyczaj bardzo powierzchowne. Wolał ucinać je, nim zdążyły przerodzić się w coś, z czego trudno byłoby się wykręcić. Tak, jak trudno było wypić piwo, którego nawarzył sobie z Riley. Zaproszenie na trzecie już przecież spotkanie, brzmiałoby dla niego zobowiązująco. Więc skąd ta nagła zgoda? Zmrużył oczy, choć mina mu nie zrzedła. W dalszym ciągu zachowywał się całkowicie swobodnie, nawet jeżeli powoli zakradło się w jego duszę pewne zakłopotanie tym, jak się biedna dziewczyna plątała w zeznaniach. Uznał zatem, że to wcale nie taki zły pomysł, zgodzić się na to spotkanie w ramach rewanżu i już. Będą kwita. Nie zobaczą się nigdy więcej. Nie mógł przecież wiedzieć, że właśnie ochoczo wpadł w bagno, prawda? Że lada chwila okaże się, że Astoria nie jest taka niewinna jak sądził, gdy rozmawiali z Isabellą.
- To może na wstępie się sobie przedstawmy. Jestem Arthur - zasugerował, chcąc jej nieco ulżyć w zakłopotaniu i wyciągnął rękę nieświadom, że może tylko pogorszyć sprawę. Intencje miał krystalicznie czyste, a także cieszył się na razie błogą nieświadomością człowieka który nie ma pojęcia, że trafił właśnie na wytrawną aktorkę.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 1/2/2019, 21:53
W ogniu stanąć to mogły zaraz jej policzki, co nowa lokatorka naczynia przyjmowała z głęboką dezaprobatą. Czuła wewnętrznie bardzo dziwne rewolucje, zachwyt nad jego uśmiechem, podziw jego skromności, szarmancja i fantastyczne poczucie humoru. Carstairs nie był zupełnie w jej typie, oddziaływał jednak tak silnie, że zaśmiała się jak kompletna idiotka na ten jego żart, jak typowa głupia kuna.
Ze zdziwieniem znów zasłoniła usta, powoli zamieniało się to w jakiś nawyk w jego towarzystwie, jakby wciąż i wciąż próbowała ukryć błogi uśmiech i histeryczne zadowolenie jego towarzystwem. Złączyła po chwili dłonie w bardzo energicznym geście zachwytu, otwierając oczy jeszcze szerzej w wyrazie kompletnego niedowierzania, co wydawało się już chyba niemożliwe, a jednak.
- Na prawdę? - przekrzywiła, głupiutka gąska głowę- Trochę się wstydzę, ale też cieszę! Zazwyczaj nie proponuję kawy nieznajomym... - przyznała z rozbrajającą szczerością i bardzo sympatycznym uśmiechem.
Czuła się już zmęczona tą rozanieloną, pozytywną emocją, którą była wypełniona po brzegi. Robiło jej się niedobrze od tej słodyczy i zachwytu, czuła głęboką pogardę do tego zauroczenia Garland tym mężczyzną. Może i był rosły i krzepki, miał wielkie łapy i przyjemny profil, był jednak tylko gównianym człowiekiem. Na co jej taki gówniany człowiek. Vera wiedziała dobrze, kim by się zachwycała, gdyby do takich uczuć jak miłosne histerie miała jeszcze tendencje. I nie był to człowiek. Bynajmniej.
- Aurelia. Aurelia Garland. - powiedziała zachęcona jego inicjatywą zapoznawczą i ujęła męską dłoń swoją karlą rączką. Cała była przy nim taka nieduża, ta biała rączka to prawie jak dziecka. Kto by pomyślał, że ten dotyk mógłby nieść za sobą straszne konsekwencje, gdyby zamiast niej w tym naczyniu mieszkał demon o wyższej świadomości, większych umiejętnościach, sprawniejszy w panowaniu nad swoim ciałem. Jak ogromne szkody taki jeden uścisk dłoni mógłby sprowokować, gdyby wszystko wyszło na jaw.
Pospiesznie, choć nieco niezdarnie wyciągnęła z kieszeni telefon, całkiem nowoczesny, kolorowy, z kilkoma błyszczącymi ozdóbkami dyndającymi wesoło. Trochę to infantylne, jednak w połączeniu z całokształtem właścicielki telefonu wydawało się całkiem normalne, jakby jej pozytywne nastawienie i wesoła osobowość kompletnie usprawiedliwiała takie małe niedorzeczności jak breloczek z japońskim kotkiem. Podniosła na niego wzrok z wielkim entuzjazmem i szerokim uśmiechem:
- Może...! - zaraz jednak straciła rezon, kiedy demonica znów dopchała się do sterów i próbowała dograć cały ten cholerny teatrzyk do jakiegoś sensownego końca. Nie miała świadomości, że świat się zmienia. Że jej manipulacyjny sposób na przywłaszczanie sobie mężczyzn mógł być już zupełnie nie na czasie, że może jednak warto popuścić Garland wodze, skoro najwyraźniej wychodziło jej to, co próbowała robić. Cofnęła dłonie spuszczając wzrok ze wstydem, jakby ten entuzjastyczny wybuch był co najmniej nie na miejscu i odezwała się:
- Gdybym... miała Twój numer, moglibyśmy się, może moglibyśmy się umówić. Kiedyś. - powiedziała bardziej do jego kolan, niż twarzy, trzymając cenne urządzenie jakim w jej życiu była komórka w obu dłoniach- Oczywiście jak- jak będziesz miał czas. Wolne w pracy. Tak. - paznokcie zastukały w obudowę, która nosiła wyraźne ślady bliskiego starcia z betonem alejki na promenadzie.
Osobiście uważała swoją komórkę za najcenniejszy skarb, wspaniały wynalazek ludzkości i po małej wieczności w piekle nie mogła przestać grać w swoje głupie gierki, instalować bezsensownych ale jakże użytecznych aplikacji liczących ile wydawała na czekoladki i przeglądać social media dniami i nocami. Demonica uważała szczerze, że social media to najlepsze, co człowiek mógł stworzyć, by ułatwić piekielnym pomiotom dominację nad rasą ludzką. Cała paleta grzechów, od pychy po kłamstwo, internetowe obnażanie swoich pragnień i sekretów, dowiadywanie się o ludziach niezliczonych rzeczy nigdy nie było łatwiejsze.
A teraz? Teraz mogła zdobyć jego numer, a po nitce do kłębka, a po nitce do kłębka...







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Arthur Carstairs
Promenada IUGj3dw5_o
WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 114
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 4/2/2019, 11:45
Dać się złapać w misterną sieć kłamstw i pozorów było bardzo łatwo, ale nie w przypadku Arthura. Pomroczność jasna która go dopadła mogła mieć jednak związek z tym, że po demonie spodziewałby się raczej bardziej otwartego działania i strzelania z grubej rury, nie umizgów i chichotów. Jego błąd, a jakże. Błąd wynikający ze skromnego doświadczenia, o którym nie miał pojęcia, że je właśnie zdobywa. Być może dopiero później, gdy już znajdzie się poza zasięgiem zachowania i wpływów Garland dotrze do niego, że cokolwiek się stało, było co najmniej dziwne. Chociaż czy te oczy mogły kłamać? W tej chwili pewnie zaklinał by się, że nie. Kobieta wydawała się tak przepełniona niewinnym, dziewczęcym urokiem, że podejrzewanie o bycie pustym pojemnikiem, w którym zło czaiło się jak baśniowy diabełek w tabakierce wydawało się czymś zupełnie nieprawdopodobnym.
- Drugi raz panią ratuję, to prawie że znajomość - zauważył z rozbawieniem. Carstairs należał do ludzi otwartych, nieprzesadnie poważnych. Właściwie zasadniczo poważnych bardzo rzadko. Była to zaleta, która bardzo szybko potrafiła przejść płynnie w wadę, a jednak nie w tej chwili. Zauważył, że takie podejście skutkuje w przypadku Aurelii, która coraz mniej wyglądała na przestraszoną czy obolałą, nawet jeżeli ostatecznie nic takiego nie działo się wokół. Miał ludziom pomagać, to pomagał. A że ci czasem panikowali bez potrzeby? Cóż, ich prawo, nie oceniał. Przywykł.
Uścisnął rękę Aurelii pewnie. Dłoń miał dużą i ciepłą. Samym dotykiem nie mógł wyczuć, jakie licho czai się w rozmówczyni. Gdyby spróbowała go sprawdzić, najpewniej zaoszczędziliby sobie oboje sporo fatygi, ale to ona byłaby na wygranej pozycji mając świadomość, z kim ma do czynienia. Wydawałoby się jednak, że w takiej konfiguracji raczej szybko pokazałaby rogi. Dosłownie. Z łowcami nie było żartów, nawet jeżeli obecnie stanowili tylko cień samych siebie. Jak bardzo wówczas ich spotkanie miałoby wtedy inny przebieg! Wesołe rozmówki szybko zamieniłyby się w recytowanie formułki do egzorcyzmów w nadziei, że diabelskie nasienie nie poczyniło w organizmie naczynia aż takich szkód i chociaż ono to przeżyje. Bywały to jednak przypadki tak marginalne, że nawet się o nich nie wspominało. A i myśli Arthura krążyły teraz po rejonach znacznie odbiegających od egzorcyzmów i pracy łowcy. No bo czemu by miały? Z drugiej strony gdzieś głęboko w głowie pomyślał sobie, że ta znajomość może być kłopotliwa. Entuzjazm Garland był uroczy, ale wiedział, że pewnego dnia będzie go musiał rozetrzeć na pył. Czy nie byłoby więc sprawiedliwiej od razu odmówić, a potem pójść w swoją stronę? Ano byłoby. Dlaczego więc tego nie zrobił? Cholera.
- Jasne - zgodził się bez zbędnego zawahania. Stanowczo nadrabiał brak pewności i wahanie Aurelii, zupełnie jakby przychodziło mu to naturalnie. Połowicznie tak było. Rzucił okiem na zawieszki, które błysnęły w świetle dnia, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Aurelię. Podyktował numer i pewnie poczekał, aż puści mu sygnał żeby też mógł sobie zapisać jej. Z kieszeni uniformu wyjął telefon, który zdecydowanie pamiętał lepsze czasy. Carstairs nie tolerował smartfonów. Zbyt łatwe do wyśledzenia, stale podłączone do sieci urządzenia nie wzbudzały jego zaufania. Nie to, że był staroświecki. Po prostu cenił sobie prywatność ponad funkcjonalność. Poza tym na co mu telefon wielkości tabletu, skoro w kieszeni raz dwa się połamie?
- Jestem technofobem - stwierdził na swoje usprawiedliwienie dosyć beztrosko, nawet jeżeli Aurelia nie zamierzała go pod tym kątem oceniać. Zapisawszy numer do świeżo poznanej ocalonej, schował aparat i poprawił kask, łapiąc go pewniej. Zerknął znów za siebie, gdy jeden ze strażaków go zawołał. - No cóż, na mnie już naprawdę czas. Mam nadzieję, że kolano nie ucierpiało aż tak - rzucił swobodnie, postępując krok do tyłu. Nie mógł wiedzieć, że jest jak mysz, tańcząca kotu przed samym nosem. Że zupełnie nieświadomie dorobił się śmiertelnego wroga, który wydusiłby z niego ostatnie tchnienie, skoro miałoby to zapewnić mu spokój.
- Miło było poznać. Trzymaj się z daleka od pożarów. - Uśmiechnął się półgębkiem.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Aurelia Garland
WIEK : 35
PRACA : krawcowa / kaletnik
PD : 135
SKĄD : Astoria
Re: Promenada ψ 6/2/2019, 21:46
Nieskończoność w piekle wysysa z ludzkiej duszy wszystko to co ludzkie. Powoli i skrupulatnie odziera z osobowości elementy nietrwałe, wspomnienia, a co za tym idzie emocje wiodące prym w ludzkich zachowaniach. Nie była pewna kim jest i nie wiedziała za co doświadczała niekończącej się kawalkady terroru, straciła rozum i odzyskała go na nowo, by znów zatracić się w szaleństwie cierpiętnika i wynurzyć z niego, jak z ognia feniks, jak z trującego bagna wyjątkowo szkaradny mutant. Rdzeń osobowości demona jest nieokreślony, nieuchwytny, zbudowany na czymś dziwnym pomiędzy jego prawdziwym grzechem a najskrytszym pragnieniem. Jeśli w tym procesie, cyklu życiowym motyla, nauczyła się czegoś, coś osiągnęła, z jaja w poczwarkę, z poczwarki w gąsienicę, wygryzła sobie dziurę w kokonie po to by rozłożyć trupio blade skrzydła ćmy, to cierpliwość. Wszystko się kiedyś zaczyna i wszystko się kiedyś kończy. Piekło też miało trwać wiecznie, a oto jest tu. Teraz. Znów na ziemi, w pełni namacalna, korzystając z wszelkich doczesnych przyjemności jakby nigdy jej tu nie zabrakło.
Uśmiechnęła się przesympatycznie na słowa strażaka, pajęczyca o obłym odwłoku błyszczącym w ciemnościach jak kropla wody. Ponoć właśnie dlatego człowieka pociągają pięknie szlifowane kamienie, cekiny, wszystko co błyszczy. Z powodu bardzo pierwotnego pragnienia, poszukiwania wody. Co gasiło jej żądze, jeśli nie manipulacja mężczyzną? Podała mu dłoń zwracając uwagę na szorstkość jego skóry, typowe dla robotnika fizycznego, choć ukryte pod grubym materiałem rękawic nie powinny mieć takich zrogowaceń. Ciepła dłoń, dotyk skóry drugiego człowieka wysyłały przyjemny dreszcz wspinający się drobnymi łapkami po przedramieniu, zatrzymując się chwilę w zgięciu łokcia niczym ciekawska jaszczurka oglądająca na swojego stworzyciela. Minie dużo czasu nim zapomni ten uścisk dłoni, jeszcze więcej, nim przywyknie do ponownego fizycznego kontaktu z ludźmi, okropnie dużo czasu. Ale minie. Wszystko się kiedyś kończy, prawda?
Podała mu telefon rumieniąc się nieco i zerkając na jego wielkie, robocze buty. Znała te buty. Widziała je wcześniej. Miała je nawet na nogach, przechadzając się kompletnie naga po jego mieszkaniu. Samo wspomnienie tych niedorzeczności rzeczywiście budziło w niej rumieniec - wstydu - jeśli do takiego uczucia byłaby jeszcze zdolna. Technofob był też przymiotnikiem doskonale odzwierciedlającym ją samą, gdyby nie chorobliwa fascynacja zmianami na świecie, gdyby nie to, że od zawsze pragnęła mieć wszystko, wiedzieć wszystko, znać się najlepiej po to by ją podziwiano. Pragnienie uznania zagoniło ją w ramiona zbrodni, zbrodnie do piekła, a piekło tu i teraz przed gonionego czasem pracownika społecznego.
- Oczywiście! - zaćwierkała może nieco zbyt entuzjastycznie i zasłoniła ze wstydem twarz- Przepraszam... - stęknęła- Muszę też rzadziej Cię przepraszać... - westchnęła z rezygnacją z miną "ależ ze mnie głupia krowa".- Nie przejmuj się mną, wszystko w porządku, na prawdę. - pokiwała głową przestępując z nogi na nogę jakby chciała w ten nieudolny sposób pokazać mu jak bardzo z nią wszystko w porządku. Zaśmiała się machając mu na odchodne.
- Na pewno będę! Nienawidzę pożarów! - pożarów może i tak, czuła jednak coś wprost przeciwnego w stosunku do strażaków, na co zwróciła uwagę lubieżnie przyglądając się jego dupie. Będzie szkoda odgryźć mu głowę, ale gotowa była zapłacić każdą cenę za swoją wolność.
Założyła włosy za ucho i odeszła w swoją stronę z poczuciem spełnienia jakiejś małej, ale niezwykle ważnej misji.


2x z/t







       

I'll be the one to protect you from Your enemies and all your demons
I'll be the one to protect you from A will to survive and a voice of reason

       
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry Strona 1 z 1
Skocz do: