Napisz nowy tematTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Santiago Medoni [WAMPIR]
avatar

WIEK : 30 || 133
PRACA : biznesmen
PD : 34
SKĄD : Meksyk
Santiago Medoni [WAMPIR] ψ Pią Lis 02, 2018 10:27 pm

Santiago Medoni

ft. Wilmer Valderrama


❝ DANE POSTACI ❞


Urodziny: 27 kwietnia 1885 r.

Wiek: 30 || 133

Pochodzenie: Tamaulipas, Meksyk

Stan cywilny: kawaler

Status: zamożny

Wyznanie: santamuertysta

Zawód: biznesmen

Rasa: wampir


Zalety: nie zdarza mu się kłamać; zdystansowany do siebie; nie ma zadania, którego by nie wykonał, niezależnie od tego, jak byłoby wątpliwe moralnie; rozrywkowy

Wady: gdy wpadnie w gniew, nie sposób go powstrzymać; traktuje innych instrumentalnie; zaślepiony nienawiścią i napędzany chęcią zemsty, brutalny

Uzależnienia: krew ludzi po spożyciu narkotyków, pod warunkiem, że nie są nimi jeszcze wyniszczeni


❝ STATYSTYKI ❞


Siła: 20

Wytrzymałość: 10

Spostrzegawczość:  5

Zwinność: 15



❝ HISTORIA POSTACI ❞

Draw a monster. Why is it a monster?

Dziesiątki fałszywych imion, setki nazwisk, kart kredytowych wydawanych bez pokrycia. Paszporty z danymi ludzi, którzy od dawna już nie żyli, bądź nigdy nie istnieli. Wszystko tylko po to, by ukryć prawdziwą tożsamość, która mimo upływu lat była najbliższa jego sercu, bo jako jedyna cokolwiek dla niego znaczyła: Santiago Medoni. Pochodząca z czasów, gdy jeszcze nie był tak przeżarty pustką. Zupełnie jakby wszystko to, co czyniło go człowiekiem, zostało strawione przez gniew, który nie przestał mu towarzyszyć ani na chwilę od czasu, kiedy jego serce spowolniło rytm, a krew splamiła mu ręce. Jego rodzina szczyciła się tym nazwiskiem, szlachetnym pochodzeniem. Przypłynęli wprost z Królestwa Hiszpanii i osiedli na Nowym Lądzie wraz z pierwszymi kolonizatorami, którzy przybyli w te rejony. Medoni Senior, dziadek Santiago, był tym, który posadził pierwsze drzewko pomarańczowe w miejscu, które wkrótce stało się jedną z większych plantacji w rejonie obecnego Tamaulipas. Kiedy urodził się Santiago, w kwietniu 1885 roku, interes hulał w najlepsze, przynosząc niewyobrażalne zyski. To wszystko będzie kiedyś twoje, Santiago powiedział mu pewnego wieczoru ojciec, gdy z tarasu rezydencji przyglądali się hektarom kwitnących drzew, porastających okoliczne wzgórza. Jego dzieciństwo  i okres nastoletni był pasmem ogromnej presji, wywieranej na niego przez ojca. Jako najstarszy z rodzeństwa miał przejąć interes w przyszłości, to ku niemu zwracały się oczy reszty rodziny. Santiago nigdy by mnie nie zawiódł rzucał roześmiany na pokaz Alejandro Medoni, a tylko Santiago czuł, jak palce ojca na jego ramieniu zaciskają się jak szpony, z których nie ma ucieczki. Korzystał więc ile mógł, z chwil wyrwanych na siłę z żyć innych chłopców w jego wieku. Często wymykał się, żeby pojeździć konno i wtopić się w tłum mieszkańców pobliskiej wioski. Towarzyszką tych eskapad zostawała córka guwernantki Santiago, Valentina. Przy niej potrafił z łatwością zapomnieć o obowiązkach, które tylko czekały, aż osiągnie odpowiedni wiek, by zwalić się na niego z impetem. Stała się ważną częścią jego życia, zbyt ważną. Całkowicie ślepy na dzielącą ich przepaść społeczną, zignorował ją w sposób, w jaki tylko młodzi ludzie mogą ignorować. Zresztą wkrótce w związku z jego wyjazdem na studia, padły słowa pożegnania znacznie bardziej zdawkowe, niż to, co chciał jej powiedzieć. Liczył chyba, że jego opieszałość rozwiąże naglący problem.
Wrócił po dwóch latach pojmując, jak bardzo się mylił. Wystarczyło, że zobaczył ponownie Tinę, a szybko stał się niewolnikiem własnych pragnień. Początkowo próbował być na nie głuchym, zracjonalizować je sobie, zrzucić na karb płytkości tego uczucia, ale przecież wiedział, że to nieprawda. I że zawsze chodziło tylko o nią. Im bardziej trzymał się z daleka, tym prędzej docierało do niego, że i tak ląduje w jej pobliżu, za każdym razem coraz bardziej uwikłany w nić, którą niechcąco tkała. I kiedy już się wydawało, że więź ta będzie tak silna, że nic nie będzie w stanie jej przerwać, nawet widmo potencjalnego mezaliansu, ojciec przeciął ją jednym ruchem, wraz z przedstawieniem mu przyszłej żony. Żony, którą nie miała zostać Valentina, a córka bogatego partnera biznesowego ojca. Nie pomogły prośby ani groźby; Alejandro był nieugięty, ale i Santiago, który odziedziczył po nim charakter, nie zamierzał się poddać. Nawet matka, która w tym wszystkim pełniła rolę mediatorki, powiedziała mu pewnego wieczoru, że ma przestać się wygłupiać. Walczył długo, szarpiąc się jak byk zapędzony pod ścianę areny przez torreadora, bo nawet ten jeden wybór w życiu chciano mu odebrać. I przegrał.
Tamten dzień listopada 1910 roku był pomyłką, nie tylko dlatego, że przysięgał miłość, wierność i uczciwość małżeńską kobiecie, której zupełnie nie kochał. Patrzył na nią, niczego nie czując, zwalczając w sobie potrzebę, by spojrzeć na ławkę w ostatnim rzędzie i te same słowa skierować do kogoś innego. Wybuchła rewolucja, a ojciec zaślepiony dobrymi stosunkami ze służbą, postanowił to zignorować, licząc, że odległe zbrojne konflikty ich nie dotyczą, a bycie przyzwoitym człowiekiem uchroni go przed pogromem. Część służby sympatyzująca z rewolucjonistami, miała na ten temat odmienne zdanie, a gdy goście zmożeni winem i tańcem stracili czujność, rozpętał się chaos. Ogień został zaprószony z kilku stron, a uzbrojeni napastnicy wtargnęli na teren plantacji. Wiatr zniósł dym w stronę rezydencji, spowijając ją piekącą w oczy i gardło pierzyną. Cały świat płonął. Cudem trafił na Tinę, nim ta w podobnej dezorientacji i szoku, co jego własne, próbowała wyciągać kogoś z płomieni. Gdy udało im się uciec, Santiago patrzył za siebie. Ale nie zmienił się w słup soli, jak nieposłuszna żona Lota; patrzył jak wieszali jego ojca. Jak płoną hektary roślin, które stanowiły całe jego życie. W pustce jego oczu odbijał się ogień, a on przysiągł, że pewnego dnia zapłacą mu za każde odebrane życie. Palący wstyd, gniew tak gorący, jak pożar który strawił cale jego dziedzictwo. Pozwoliłeś im umrzeć. I nigdy sobie tego nie wybaczył. Jedyną istotą, która została mu na świecie, była Valentina. Oboje zostawili na pogorzelisku plantacji część siebie. Tylko Tina potrafiła choć na chwilę odsunąć miażdżący ciężar wyrzutów sumienia. Ale nawet gdy składali sobie przysięgę na trzecim stopniu kamienicy na El Callejon del Beso, gdzie według legendy zmarła tragicznie Bogu ducha winna Carmen, co miało zapewnić ich miłości wieczność, wiedział, że to nie tak miało być. Że nie zasłużyli na to wszystko.  I że pewnego dnia zemsta będzie należała do nich. Dzięki części pieniędzy, które udało się zabrać z plantacji, mieli możliwość opłacenia sobie drogi do Stanów Zjednoczonych. Czuł się jak tchórz, jak uciekinier. I obiecał sobie, że zrobi wszystko, żeby to był ostatni raz.
Jak feniks rodzący się z popiołów, tak i oni musieli zacząć jeszcze raz. Santiago nawiązał znajomość z włoskimi imigrantami, którzy byli w podobnej sytuacji co ich własna. Bardzo szybko obiło mu się o uszy nazwisko Torrero, który mógł  mu udzielić informacji o meksykańskich rewolucjonistach; zdeterminowany jak nigdy, żeby dotrzeć do tego wpływowego człowieka, łapał się każdej brudnej roboty, jaką mu zaoferowano, co najczęściej wiązało się ze ściąganiem długów. Wyrzuty sumienia odeszły wraz z przeświadczeniem, że inaczej się nie da. Zaczął stopniowo zatracać się w pełnym szału obłędzie, a jego ostatnim bastionem zdrowego rozsądku była Tina. Nie chciał jej w to mieszać, ale gdy po raz kolejny wrócił do mieszkania z krwią na rękach wiedział, że nie będzie w stanie jej okłamywać. Po szczeblach tej wątpliwej kariery piął się śmiało. Mogąc dać upust gniewowi, z którym nie potrafił sobie poradzić, szybko zasłynął ze swojej niezwykłej skuteczności. Balansował na granicy szaleństwa, ale po właściwej stronie zawsze czekała na niego Valentina, święcąc tak jasno, że odganiała mrok, który próbował nim zawładnąć.
W sierpniu 1915 roku mrok wygrał. Pieniądz nigdy jeszcze nie płynął do niego strumieniem tak wartkim, a perspektywa spotkania z szefem szefów była coraz bliższa. Nie wiedział tylko, że ów szef miał co do niego swoje plany. Plany, które nie obejmowały Valentiny.
Wiedział, że coś jest nie tak od samego progu. Gdy jego wzrok zatrzymał się na nieruchomym ciele na podłodze, w pierwszej chwili nie potrafił zrozumieć, co ma przed sobą. Tracił cenne sekundy na to by pojąć, że los powtórnie okrutnie sobie z niego zakpił, odbierając mu to, co miał najcenniejsze. Świadomy, że nie może po prostu zabrać jej do szpitala, zwrócił się do mężczyzny, którego rolą było udzielanie pierwszej pomocy różnym mętom i pracownikom Torrero. Lekarz rozłożył jednak ręce oznajmiając, że tutaj potrzeba cudu... Ale tak się składa że zna kogoś, kto potrafi takowego dokonać. To był moment, kiedy trafił przed oblicze Cosimo Farnese, nie mając pojęcia, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Dumę schował do kieszeni; gdyby tylko mógł, zabiłby część siebie, byle tylko utrzymać Valentinę przy życiu. Czas przeciekał przez palce, zupełnie jak prowizoryczny opatrunek na ciele Tiny, a Cosimo w końcu zgodził się pomóc. Niechętnie zostawił ją w jego rękach, nie mając pojęcia, że widzi ją właśnie po raz ostatni w życiu.
Później była już tylko krew. Na rękach, na zębach. Krew, której choćby chciał, nie byłby w stanie już zmyć. Jej słodki smak stał się religią, a cały jego świat spowił szkarłat. Luciano Torrero okazał się kimś więcej, niż człowiekiem; wciągnął Santiago do swojego piekła, zapieczętowując go w nim na wieki jednym zdaniem. "Dziewczyna nie żyje, zapomnij o niej". Nie chciał w to wierzyć, skąd Torrero mógł to wiedzieć? Santiago chciał spotkać się z Cosimo, usłyszeć to od niego, a potem najprawdopodobniej porozrywać go na kawałki za to, że choć obiecał, pozwolił jej umrzeć. Nie zastał już Farnese w Sacramento. Nie miał nawet ciała, żeby Valentinę należycie pochować. Nie miał już nic, prócz pustych zapewnień Luciano, że jest teraz nadczłowiekiem, że powinien się cieszyć. Że powinien zapomnieć o całym życiu doczesnym i wykorzystać szansę, którą dostał. Że dostąpił zaszczytu, którego nie chciał. Wydawać by się mogło, że w to uwierzył, ale tak naprawdę popadł niemal w katatonię. Robił, czego od niego oczekiwano; był jak marionetka w cudzych rękach. Milczał, bo zbyt bał się, że gdy otworzy usta, popłyną z nich słowa, których nie będzie w stanie powstrzymać. I tylko gniew tlił się w nim, wpierw nieśmiało, by w końcu strawić niemal całe jego jestestwo. Zawsze był postawny i potrafił odłożyć skrupuły na bok, wampiryzm tylko to wszystko zwielokrotnił. Kazano mu trenować? Trenował. Kazano mu zabijać? Zabijał. Minęło wiele lat nim pojął, że dał złapać się w dokładnie tę samą pułapkę, w której wylądował jako człowiek. Niekończące się pasmo oczekiwań, którym prędzej czy później sprostał, bo tego oczekiwał od niego Luciano. Zupełnie jakby przejął rolę jego ojca; czyż zresztą tak właśnie się nie stało?
Niezależnie od tego, czy sytuacja wymagała krwawego przesłuchania, czy egzekucji, zajmował się tym Santiago. Nie czuł już nic; nie miało to znaczenia. Jak pies, posłusznie wykonujący rozkazy. Być może dlatego Luciano zaufał mu tak szybko i powierzył interesy na terenie Ameryki Łacińskiej, gdy sam przebywał w Ameryce Środkowej. Największe znaczenie zaczęło to mieć po 1980 roku, gdy w siłę zaczęły wzrastać kartele narkotykowe. Santiago kluczył pomiędzy Meksykiem a Kolumbią, przyjmując różne tożsamości. Grając rolę handlarza, partnera biznesowego. Niewyróżniającego się ponad tłum ludzi niczym szczególnym. Pracował z Escobarem, z El Chapo, z Gallardo. Po cichu, zawsze wychodząc obronną ręką. Przemijali, a on wciąż istniał, uparcie nie mogąc umrzeć. Gnili w więzieniu, spętani kolejnymi aspektami ekstradycji, a cokolwiek by się nie działo, prawo się go nie imało. Już prawie czterdzieści lat spędził na prowadzeniu interesów pod różnymi tożsamościami, wszystko w imieniu człowieka, którego szczerze nienawidził. Luciano objął posadę kanclerza, a Santiago wymówił się pracą, gdy pozostałe wampiry świętowały kolejną koronację. Unikał większych wampirzych zgromadzeń, nigdy w pełni nie czując solidarności z pozostałymi krwiopijcami. Był, istniał, egzystował. Ale prócz gniewu, nie czuł już nic.  W teorii wolny, bo nie miał już nic do stracenia. W praktyce, wciąż związany stwórczą więzią z Luciano, bo ten nigdy go z niej nie zwolnił. Gdzieś w okolicach 2000 roku odkupił tereny plantacji, która tyle dla niego znaczyła. Zasadził pierwsze drzewo; znów wszystko działa tam tak, jak przed laty. Ale nic już nie jest takie samo.

❝ INFORMACJE DLA MISTRZA GRY ❞




Memento Mori
Powrót do góry Go down
[MG] Suspiria
Mistrz Gry
avatar

PD : 2
Re: Santiago Medoni [WAMPIR] ψ Sob Lis 03, 2018 9:53 pm
Memento Mori
de mortuis nihil nisi bene

Akcept!

Twoja karta została zaakceptowana!
Twojej postaci zostaje przydzielony

poziom II

Zapoznaj się z mechaniką.
Wraz z kolorem uzyskujesz dostęp do organizera. Pamiętaj o założeniu informatora oraz korespondencji.

W razie niejasności, prosimy o niezwłoczny kontakt na pw.

[MG] Suspiria



(c) DΛNDELION
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry Strona 1 z 1
Napisz nowy tematTen temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedziSkocz do: