Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Salon ψ 8/12/2018, 01:27

Kuchnia

⇜  dostępna  ⇝



⇜ code by bat'phanie ⇝
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 14/1/2019, 19:22
15 listopad 2018

Dom Adeli Goldberg był jednym ze starszych w miasteczku. Kilka ładnych dekad temu prezentował się niezwykle urokliwie otoczony kilkoma zielonymi drzewkami i kolorowymi, kwietnymi rabatkami. Z czasem się jednak opatrzył, kwiaty poznikały a wieżyczka ukryła za dębową koroną. Od lat nie był odmalowywany, położony piętnaście lat temu błękit zdążył się zabrudzić i miejscami odprysnąć. Odkąd kobieta zmarła, nawet rosnące przy werandzie krzaki róż zdziczały, zaniedbane. Niewiele lepiej prezentowała się przekrzywiona skrzynka na listy obok wejściowej furtki. Jessie Chapman, która od trzech lat była samotną panią tego królestwa nie miała głowy do tego, by cokolwiek zrobić ze swoim domem. Nie przeszkadzało jej to z resztą ani odrobinę. Wnętrze budynku prezentowało się na szczęście lepiej niż by się można spodziewać, choć trudno byłoby je nazwać przytulnym. Głównie ze względu na panującą wszędzie atmosferę. Przyjazd Raven nie zdołał jeszcze wiele zmienić.
Dwunastogodzinny dyżur nie był czymś, co lubiła robić nawet, jeśli nie miała innego zajęcia. Wiązał się jednak z dniem wolnym, a te bywały cenne. Opatulona grubym kocem, słuchając w tle muzyki płynącej ze starego, porysowanego zębem czasu gramofonu przeglądała internet. Nigdy nie brała na serio portali plotkarskich, które czytywała, nie zapamiętywała treści artykułów podsuwanych przez Google, nie interesowała się głębiej migającymi pośród nich tematami gospodarki, polityki i innych sensacji. Czytała i zapominała. Ale mimo to czytała, czując się dziwacznie gdy w ciągu dnia choć raz nie sprawdziła co słychać w sieci. Były też w końcu strony ze śmiesznymi kotami, śmiesznymi psami, małpami, papugami i obrazkami z gatunku jakichkolwiek. Na przeglądaniu ich spędziła dziś najwięcej czasu.
Na wizytę nie była przygotowana, chociaż miała ją w pamięci. Nie sądziła, że Wolfe faktycznie się na nią zdecyduje, z jakiegokolwiek powodu. Był federalnym, prowadził sprawę w Astorii, do Jewell wpadł na pogrzeb. Gdy się głębiej nad wszystkim zastanowiła doszła do wniosku, że wcale nie jest pewna czy kolegował się z Raven. Wyszła z założenia, że przecież musiał, skoro ją pamiętał. Miała gdzieś w sobie tę cichą nadzieję, choć nie zdawała sobie z niej sprawy. Na fotelu obok niej drzemał łysy, ubrany w wełniany sweterek kot. Adonis, bo tak miał na imię, był niekoronowanym władcą domu. Wolno mu było niemal wszystko, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Mądrze korzystał ze swoich przywilejów. Na stoliku stała butelka napoczętego piwa, które Jessie otworzyła sobie na dobre popołudnie. W nieczesane dziś włosy miała wetknięty cienki papieros - zostawiła go na później, żeby za jakiś czas wypalić go na tarasie. Nie paliła w domu odkąd wróciła Raven.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 28/1/2019, 22:11
15/11/18
II


Do samego końca nie był pewien, co go tu przywiodło. Przypadek, przeczucie? Los? Chyba nie wierzył w takie rzeczy. Faktem było jednak że gdzieś w rozjazdach pomiędzy unikanym Jewell a Astorią, w której spędzał ostatnio całe dnie, w końcu trafił na tę właśnie ulicę, przypominając sobie jednocześnie o zaproszeniu na kawę. Zaproszeniu, które równie dobrze mogło być podyktowane chwilową uprzejmością, rzuconą pod wpływem impulsu. Unikał ich tak, jak unikał słów, bo były niebezpieczne. Niosły ze sobą ryzyko opacznego zrozumienia. Co jeśli sam źle to zrozumiał? Kiedy stawiał samochód obok krawężnika, zapragnął bardzo wyraźnie, żeby Jessiki nie było w domu. Zapukałby, ale nie doczekawszy się odpowiedzi dał za wygraną i nie pojawił się tu już nigdy więcej. Byłem zapracowany, rzuciłby zdawkowo przy ewentualnym kolejnym spotkaniu, które miało nigdy nie nadejść i tyle by z tego było. Ale nie. Ciekawość zwyciężyła. Zewsząd docierały go informacje o wypadkach, problemach i dziwnych zachowaniach. Powinien je być może jak każdy normalny człowiek zignorować. Jednak w jego świecie śledztw, detale zwykle miały horrendalne znaczenie. Niczego nigdy nie pomijał, a przynajmniej tak lubił myśleć. A to że się mylił? Cóż, mawiają, że rzecz to ludzka. Wysiadł z niespecjalnie rzucającego się w oczy samochodu średniej klasy w kolorze czarnym. Pozostawało mieć nadzieję, że dobrze pamiętał gdzie mieszkała Raven a tym samym i młodsza z sióstr Chapman. Cichy trzask zamka centralnego wydał się nagle absurdalnie głośny w cichym skupieniu opustoszałej ulicy. Zawsze było tu tak martwo? Czy i społeczeństwo Jewell dopadło widmo nieuchronnego starzenia się, a wszyscy ci, którzy mogli mieć dzieci, wyjechali stąd dawno w siną dal?
I co Ty właściwie powiesz, Wolfe? Zadawał sam sobie to pytanie odkąd zatrzymał samochód. A jednak wszystko to nie było tylko impulsem, nie zatrzymał się pod wpływem chwili; zupełnie jakby już wcześniej to sobie dokładnie przemyślał, a teraz tylko wykonywał plan. A może naprawdę liczył, że jej nie zastanie? Teraz gdy o tym myślał, to również nie do końca była prawda. Przywilej oszukiwania samego siebie czasem się sprawdzał, ale nie zawsze; to była jedna z takich chwil, gdy akurat nie sprawdzał się ani trochę. Czy kolegował się z Raven? Niekoniecznie. Tak na dobrą sprawę o mało kim mógł powiedzieć, że się z nim kolegował. Wątpliwy zaszczyt przypadał na osobę Harper, Lucy, Davida czy Amber... Ale to tyle. Żył sam dla siebie, a pogoń za szkolną popularnością była mu obca. Może dlatego w końcu ją zdobył? Nawet jeżeli bynajmniej nie z powodów nieobcych większości nastolatków, którzy o tym marzą. I pomimo tego, że nigdy jej nie chciał.
Dom pamiętał lepsze czasy, jak wszystko w tym zakichanym miasteczku. Tak naprawdę zwrócił na to jednak uwagę bardziej z zawodowego obowiązku, który nakazywał mu zapamiętywanie najdrobniejszych szczegółów. Odpryski farby. Niebieski kolor. Pozbawione już liści o tej porze krzewy dzikich róż, które latem być może i prezentowały się na swój sposób pięknie, chociaż nieokrzesanie. Stanął na werandzie, a drewniane deski skrzypnęły przeciągle pod naciskiem jego butów. Znowu miał na sobie garnitur, chociaż tym razem już bez krawata, co sugerowało niemal brak formalności. Zapukał trzy razy i poprawił nieznacznie okulary na nosie. Rzucił okiem na zegarek na nadgarstku. Przedramię wciąż nosiło słabe, rozmyte już pod wpływem prysznica ślady długopisu Jessie.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 29/1/2019, 00:59
Przypadek, przeczucie i los. Było też przeznaczenie, w które ludzie w dzisiejszych czasach wierzyli najmniej. Zazwyczaj z niego żartowano. Znowu się mijamy. To przeznaczenie. Albo Trzeci raz ktoś mi proponuje ciasto. To przeznaczenie. Predestynacja, jedno z wielu słownikowych określeń nadawanych temu samemu. Jak ktoś kiedyś napisał: przeznaczenie to nie wyroki opatrzności, to nie zwoje zapisane ręką demiurga, to nie fatalizm. Przeznaczenie to nadzieja. Nadzieja bowiem zawsze skrada się gdzieś obok nas gdy postanawiamy coś zrobić. Począwszy od prozaicznego zalania wrzątkiem herbaty - mamy nadzieję, że nie oblejemy sobie ręki. Colton miał nadzieję, że Jessie nie będzie w domu. Gdzieś głębiej pod tą warstwą, kryła się być może nadzieja, że będzie odwrotnie. Schowała się tam w momencie, w którym postanowił skorzystać z zaproszenia.
Na podjeździe stał stary Ford Escape, który pamiętał jeszcze czasy szkolne samego Coltona. Wcześniej należał do Adeli, teraz używała go Jessie. Rzęch miał swoje lata a za sobą liczne naprawy. Bystre oko specjalisty bez trudu mogło dostrzec, że kolor jednych drzwi odrobinę różni się od reszty samochodu. Musiał być po stłuczce. Lekki powiew wiatru poruszył zawieszone na słupku werandy dzwoneczki. Metalowe rurki częściowo zaszły rdzą, z drewnianych elementów farba, jeśli jakaś była, zeszła całkowicie. Też wisiały tu od lat.
Kolejne śmieszne zdjęcie kota w szklanej misce wywołało lekki uśmiech na twarzy Jessie. Adonis przymknął zielone ślepia i mogłoby się wydawać, że jest zażenowany hobby kobiety i absolutnie go nie pochwala. Po chwili przeciągnął się między poduszkami. W tym samym momencie rozległo się pukanie. Muzyka nie grała głośno, więc można było je bez trudu usłyszeć. Czarnowłosa odłożyła telefon na stolik, pociągnęła łyk piwa z butelki i wyślizgnęła się grubego materiału koca by pójść otworzyć drzwi. Nie była pewna czy to listonosz, czy Raven wpadła w przerwie od pracy do domu, ponieważ czegoś zapomniała.
- Mówiłam ci, żebyś wzięła... o! - zaczęła otwierając drzwi. Obstawiła, że to siostra, która zapomniała kluczy. Gdyby to był zakład, przegrałaby z kretesem. - Och. Colton - uśmiechnęła się do niego zaskoczona. A jednak się pojawiłeś, pomyślała po chwili. Jeśli Wolfe prezentował się w stroju mniej formalnym, tak Jessie z formalnością minęła się wczorajszego wieczora. Miała na sobie grube, wełniane skarpetki, legginsy w renifery i szeroki tiszert z logo zespołu muzycznego, o którym nigdy w życiu nie słyszała. We włosy wetknięty miała cienki papieros, który wsunęła w nie "na później". Zupełnie o nim zapomniała.
- Wejdź, proszę - odsunęła się robiąc mu miejsce. Dyskretnie przygładziła rozczochrane pasma. Łysy kot zeskoczył z fotela i poszedł cicho za Jessie by zobaczyć intruza. Przysiadł na schodach i przyglądał się bacznie mężczyźnie nie kryjąc swojej niechęci. Jak to koty miały w zwyczaju.
Wewnątrz domu było chłodno, choć mógł to odczuć dopiero po dłuższej chwili. Niewiele się tu zmieniło, od jego ostatniej wizyty, przynajmniej w holu. Na ścianie wisiało więcej zdjęć. Po lewej znajdował się pokój gościnny, do którego zaprowadziła Wolfe'a. Jasne meble, choć każdy z innej parafii i innego kompletu pasowały do siebie w typowo domowy sposób. Za szeroką kanapą stał regał z książkami, w kominku nie paliło się drewno.
- Napijesz się kawy, piwa, herbaty? - zaproponowała. - Raven jest w pracy. Niedawno wróciła tu z Astorii - dodała, jakby to miało mieć jakieś znaczenie. Nie zamierzała wdawać się w szczegóły związane z przeprowadzką siostry. Zerknęła w wiszące na ścianie niewielkie lustro i przygładziła włosy chcąc ukryć niedbalstwo. Jeśli ją na tym przyłapał zmieszała się i na moment spuściła wzrok. Adonis stanął w przejściu, by dalej obserwować.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 30/1/2019, 18:29
Dźwięk, jaki wydały z siebie dzwoneczki wydał się absurdalnie złowieszczy. Podmuchy wiatru poruszały nagimi gałęziami i porywały ze sobą w taniec uschłe liście, które nie zamieniły się jeszcze w mokrą breję pod wpływem deszczu, który otulił te okolice szczelną peleryną i nie zamierzał bynajmniej odpuścić. Znał ten dom; kojarzył wszak ciotkę Jessie i Raven. Kojarzył starego forda, dziwiąc się nawet, że samochód jeszcze jeździ. Irytująca pamięć do szczegółów; wspomnienia, o których istnieniu przypominał sobie dopiero pod wpływem pewnych bodźców, nieśmiało wychylały nos spoza krawędzi świadomości. Jeździł tędy na rowerze, kiedy niczym ostatni tchórz próbował uciec od problemów w domu, starając się ukryć pęknięty łuk brwiowy czy krwotok z nosa. Ojciec Coltona nienawidził Adeli Goldberg; właściwie jak na przykładnego chrześcijanina, nienawidził całkiem wielu osób, ze sobą samym na czele. Szukanie czegoś, co wyciągnie go z marazmu w który popadł na dnie butelki niewiele jednak zmieniło. Wolfe nie dziwił się, że ojciec czuł do siebie wstręt. Colton też czuł do niego tylko tyle, mimo że lata już mijały. Mózg uczył się wypierać wszystko to, co złe; nostalgia była paskudnym kłamcą, który wmawiał, że wszystko było lepsze niż się wydawało. Ale nie w tym jednym przypadku.
Jeszcze możesz zawrócić, rzekł cichy głos w jego głowie. Colton jednak nie zamierzał zawracać. Mimo poczucia, że robi właśnie coś, co może mieć konsekwencje na przyszłość, nie zamierzał roztrząsać swoich wątpliwości w tej akurat chwili. Unikał prywatnych kontaktów z ludźmi, nieważne jaki był ich charakter. Może dlatego szedł w zaparte sam przed sobą, że przyszedł tutaj w sprawach czysto zawodowych. Towarzyskie pogawędki, które wychodziły poza pewne ramy konwenansu, nie wzbudzały jego szczególnego entuzjazmu. Wymagały współpracy; dwustronnego dialogu. Wykraczały poza procedurę przesłuchania i niosły ze sobą konieczność pewnej wymiany informacji. Powiedz mi coś o sobie, a ja powiem ci coś o sobie. Czasem jednak nie było o czym mówić; Colton szedłby w zaparte, że tak jest właśnie w jego przypadku.
— O — powtórzył, jakby całkowicie zgadzał się z Jessie, kiedy już otwarła drzwi. Przyjrzał się jej bezwstydnie, choć nie w sposób ostentacyjny; zupełnie jakby samym tylko spojrzeniem zamierzał wybadać, czy jej przypadkiem nie przeszkadza. Odwzajemnił uśmiech, odnotowując wszystko. Od loga zespołu na koszulce, aż po cienki papieros we włosach. Nawet jeżeli nie było to standardowe miejsce na trzymanie papierosów, nie wydawał się być zdziwiony. — To już święta? — Zapytał, a zatem i renifery na legginsach nie umknęły. Nie kłopotał się kurtuazją; nie zapytał, czy nie przeszkadza, ani czy może wejść, skoro Jessie uprzedziła go i sama to zaproponowała. Wolfe należał do dobrze wychowanych ludzi, nie lubił jednak grzeczności wymuszonej i niepotrzebnej.
Nie przypominał sobie, czy kiedykolwiek było mu dane wyjść poza ten hol. Spojrzał na zdjęcia wiszące na ścianach i poszedł posłusznie za Chapman. Przystanął dopiero zauważywszy kota. Kot patrzył na Coltona, Colton na kota. To był wyjątkowo brzydki kot, choć Wolfe oczywiście absolutnie by mu tego nie powiedział; mężczyzna skupił się więc na sweterku zwierzęcia, dzięki czemu przeoczył dyskretne poprawki Jessie. Idea łysego kota w swetrze wydała mu się niezwykle zabawna.
— Kawa brzmi świetnie — rzucił. Mignęło mu piwo na stoliku, więc najpewniej najuprzejmiej byłoby zdecydować się na to samo. Jednakże Wolfe nie pijał alkoholu; poczyniony przed kilkoma dniami wyjątek zrzucił na karb wypicia za zdrowie Davida. Za odejścia i powroty.  Dzisiaj jednak nie chciał już o tym myśleć. Potoczył wzrokiem po wnętrzu, czując się tu zaskakująco dobrze i swojsko.
— Nie szkodzi, w końcu przyjechałem do ciebie. — Z Raven się zatem całkowicie minęli. Po skierowaniu go w te strony, przyszło mu współpracować z policją Astorii. Gdyby nie przeprowadzka, być może spotkaliby się służbowo ze starszą z sióstr Chapman. Wzrok utkwił w zgaszonym kominku. Pokój z pewnością zyskałby na przytulności, gdyby w nim rozpalić. Nie przyłapał tym samym Jessie na próbach doprowadzenia włosów do porządku, jakby w ogóle nie brał pod uwagę, że powinna się kłopotać w ten sposób z powodu jego niezapowiedzianej wizyty. — Wybacz, że tak bez zapowiedzi. Przejeżdżałem obok i pomyślałem... — urwał, po czym zrezygnował z kończenia wypowiedzi. Spróbował za to rozpoznać muzykę płynącą z gramofonu, spojrzał na książki na regale. Nieważne, co pomyślałeś.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 30/1/2019, 20:41
- Wesołej Chanuki - rzuciła przez ramię na komentarz dotyczący reniferów. Lubiła je; były nieco grubsze od przeciętnych leginsów, przyjemnie miękkie od spodu. Ciepłe. Po prawdzie renifery również przyczyniły się do tego, że nie potrafiła w sklepie przejść obok nich obojętnie.
Zdjęcia przedstawiały Jessie i Raven w wieku dziecięcym, potem szkolnym. Tu i tam pojawiała się Adela, na jednym pojawił się nawet Henry, którego Colton nie mógł kojarzyć. Największe przedstawiało rodzinę, która była jeszcze w komplecie. Gdzieś w tle stała chanukija, toteż można było domyślić się w jakiej porze roku zdjęcie zostało zrobione. Kilkuletnia Jessie trzymająca lalkę, nadąsana buntowniczka Raven, ich uśmiechnięci rodzice. Jedno z ostatnich, jeśli nie ostatnie wspólne święto.
Stojący na krześle gramofon zaczął wygrywać kolejną piosenkę. Aretha Franklin żywo śpiewała o tym, że codziennie modli się o swojego ukochanego. Nawet rano, nim umaluje twarz. Skoczna melodia ożywiała chłodny pokój, chociaż wydawała się przez tenże chłód do niego nie pasować. Na kanapie leżał rozrzucony koc, obok butelki z piwem telefon. Ekranik wygasł, więc Colton nie mógł zobaczyć śmiesznego obrazka, który rozbawił Chapman.
- Rozgość się - machnęła ręką i skierowała się do kuchni, żeby wstawić wodę na kawę. Mężczyzna nie mógł zauważyć mimowolnego uśmiechu, który wywołał kolejnym zdaniem. Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego zrobiło jej się miło, choć rzecz wydawała się oczywista. Przyglądała mu się przez krótką chwilę wlewając wodę do czajnika. Postawiła naczynie na palniku kuchenki i pospiesznie przeszukała szafki z nadzieją, że znajdzie w nich jakieś ciastka. Cokolwiek, co mogłaby postawić obok kawy. W końcu zdecydowała się na leżące w misce winogrona.
Adonis powolnym, cichym krokiem wrócił za nimi do salonu. Gdy Colton usiadł w fotelu, usiadł naprzeciwko, ponownie wbijając w niego spojrzenie. Tym razem krył się w nim wyrzut, że okularnik zajął jego miejsce. Siedział tak bez ruchu, marszcząc łyse czoło.
Pomyślałem, że wpadnę, dokończyła w głowie za niego.
- Pomyślałeś? - wróciła niosąc szklaną miskę z owocami. - Nie każdemu się to zdarza. W każdym razie cieszę się, że to zrobiłeś.
Regał z książkami był okazały i zawierał całkiem nie gorszą kolekcję książek. Na górze stał Tanach i Talmud. Pozycja względnie obowiązkowa, jak Biblia w domu dobrego Chrześcijanina. Analogicznie, nie wydawały się być często czytane. Pomiędzy tytułami na grzbietach mógł Colton znaleźć kilka pozycji Franza Kafki, Singera czy Nabokova. Obok podobnych perełek powtykane były, niczym jutowe łaty na jedwabiu, szmirki literatury popularno- niezbytintelektualnej, takie jak Grey i romansidła, mające na okładkach mężczyzn, którzy zgubili koszule. Tego ostatniego na szczęście nie mógł zobaczyć. Na pewno nie bez sięgania po którąkolwiek z książek. Tytuły mówiły jednak same za siebie. Czarnowłosa powiodła spojrzeniem za nim.
- To Raven, przywiozła ze sobą trochę... - rzuciła szybko. Skłamała paskudnie, w dodatku nieumiejętnie. Nie czuła żeby ją oceniał, jednak oceniała sama siebie. Nowe nabytki w domowej biblioteczce nie były tym, czym chciała się chwalić innym.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 2/2/2019, 12:36
Chanuka. No tak. Colton nie był może ignorantem, a przynajmniej bardzo starał się nim nie być. Często zdarzało mu się jednak w swoim zatwardziałym ateizmie nie pojmować, że oto wciąż są na świecie ludzie, którzy w religii odnajdują swoje ukojenie i ostoję. Nie twierdził bynajmniej, że tak było w przypadku Jessie; ale byli tacy ludzie, wiedział o tym. Spotykał ich na swojej drodze nieustannie. Taktownie unikał poruszania tematu wyznania uznając zresztą, że to osobiste sprawy. Ciężko było mu się zresztą pozbyć gorzkiego niesmaku na samą myśl o kościelnej instytucji. Wszystkich tych niedziel, gdy ojciec zmuszał go, żeby pójść do kościoła. Zawsze szli z matką pod rękę, oboje ze sztucznymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy. Siadali w piątej ławce; ani zanadto z przodu, ani na tyłach. Colton całkowicie wyłączał się w trakcie nabożeństwa; jego myśli błądziły raczej wokół fantastycznych historii które snuł, aniżeli treści kazań rzucanych oskarżycielskim tonem. Nigdy nie wczuwał się w podniosłą atmosferę, nie czuł żadnej wspólnoty. Rywalizowali z Davidem, który zawsze siedział gdzieś w zasięgu jego wzroku. Któremu pierwszemu uda się rozbawić tego drugiego? Teraz David już raczej nikogo nie rozbawi.
Zdjęcia, które ludzie trzymali z różnych powodów w domach były interesujące. Stanowiły okna do żyć obcych osób. Niektórzy w ogóle nie przywiązywali do nich dużej uwagi, a raz wstawione w ramkę fotografie mogły stać tak bardzo długo, nawet jeżeli dawno już straciły aktualność. Przelotnie przyjrzał się tym, które dostrzegł u Chapman. Część uwiecznionych na fotografii rozpoznawał, innych niekoniecznie. Przewinęła się tam również słynna Raven. Dziewczynka ściskająca lalkę okazała się znajoma; tak pamiętał Jessie. Wolfe nie trzymał w domu żadnych zdjęć. Te nieliczne w których był posiadaniu z czasów szkolnych, zapewne leżały gdzieś w kartonach w domu rodzinnym, a może nawet na śmietniku. Nie miało to dla niego zresztą większego znaczenia.
Odprowadził Jessie wzrokiem do kuchni, po czym zajął wolny fotel. Aretha nie dziwiła; jeśli już, większe zdumienie budził działający gramofon. Ciężko było teraz napotkać takie cuda dawnych lat. Niespecjalnie przejął się tym, że pokój wydawał się chłodny. Był to ten rodzaj chłodu który brał się z faktu, że dom stał większość czasu pusty? Możliwe. Jeśli tak, przywykł do tego rodzaju pustki we własnym mieszkaniu. Kot wciąż obserwował go z uwagą, a Wolfe nie pozostawał mu dłużny; stety bądź niestety należał do tej grupy osób, która w nierównej batalii koty versus psy opowiadał się raczej w tej drugiej drużynie. Może zwierzę to wyczuwało? A może po prostu dawało mu jasno do zrozumienia, że to jego miejsce? Korzystając z tego, że Jessie zniknęła w kuchni, spróbował przywitać się z kotem; nie wykonywał gwałtownych ruchów, wpierw chcąc, żeby paskuda w swetrze oswoiła się z jego zapachem. Jeśli pozwolił — pogładził go po łysej głowie. Jeżeli nie pozwolił, to pewnie szybko zabrał rękę uznając, że może mu się jeszcze przydać.
— Obawiam się, że mi również znacznie rzadziej, niżbym sobie życzył — przeniósł spojrzenie na wracającą gospodynię, chyba wdzięczny, że w tak nonszalancki sposób poradziła sobie z jego nieszczęśliwie urwaną wypowiedzią. Przekrój rodzajowy regałów z książkami okazał się zbyt różnorodny, by móc jednoznacznie określić gusta Jessie. Dobrze, źle? Właściwie nie oceniał. Po prostu lubił sobie robić furtki do rozmów na tematy, na których w jakimkolwiek stopniu się znał.
— Praca policjanta jest ciężka. Może potrzebuje odreagowania — odchylił się swobodnie na oparcie fotela, unosząc kącik ust w uśmiechu, rozbawiony słowami Jessie. Choć w teorii mówił o Raven, nietrudno było się domyślić, że słowa były dwuznaczne i odnosiły się też do młodszej z sióstr. Wystarczyło policjanta zastąpić pielęgniarką. Można było tym samym uznać, że potowarzyszył Jess w tym niezbyt udanym kłamstwie; nawet jeśli przecież nie była to sprawa wielkiej wagi. A potem, jak to zwykle bywa w jego przypadku, zamilkł. Połowicznie wsłuchiwał się w muzykę, resztę uwagi poświęcając dalszym obserwacjom. Nie od dzisiaj wiadomo, że gesty mówiły więcej niż słowa kiedykolwiek by mogły. Zdając sobie nagle sprawę z tego, że w marynarce poczuł się jak akwizytor, zdjął ją i przerzucił przez oparcie. Mógłby, a może chciałby zadać wiele pytań; bardziej lub mniej osobistych. Zdawał sobie jednak sprawę, że z wielu przyczyn mogłyby być one nietaktowne. Jak chociażby to, które uparcie krążyło mu po głowie ilekroć spotykał kogoś sprzed lat, kto wciąż tkwił tutaj. Dlaczego u licha zostałaś w tej dziurze? Nie mógł wiedzieć, jak było w jej przypadku naprawdę.
— Często zdarzają się wam w szpitalu przypadki osób zaatakowanych przez morskie stworzenia? — Zapytał zatem, utkwiwszy w niej błękit spojrzenia. Papieros w jej włosach w jakiś sposób go dekoncentrował i najchętniej by go stamtąd wyjął.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 2/2/2019, 17:18
W Jewell nie było ani wielu żydów, ani synagogi. Najbliższa znajdowała się w Astorii. Na dobrą sprawę, Adela i jej podopieczne były chyba jedyne, co dla co bardziej konserwatywnych i zacietrzewionych mieszkańców miasteczka mogło stanowić pewną swoistą atrakcję. W ogólnym rozrachunku jednak wszyscy sąsiedzi żyli ze sobą w zgodzie. Siostry Chapman zostały wychowane w swojej wierze, ale z wiekiem jej praktykowanie się gdzieś rozmyło. Jakiekolwiek święta obchodziły sporadycznie, jeśli był czas. Jessie nawet nie dbała o to, czy ma w domu koszerne produkty.
Adela była mądrą kobietą. Oczytaną, zawsze wiedzącą co powiedzieć, rozsądną. Gdy przyszło jej sprawować opiekę nad córkami siostry, zapewniła dziewczynkom wszystko, co tylko mogła, w domu pełnym ciepła i miłości. Dzieciństwo Jessie i Raven diametralnie różniło się od dzieciństwa Coltona. Była pewna, że prędzej jej uschnie ręka, niż podniesie ją na którąkolwiek z nich. Choć Raven pewnie by się przydało jedno, porządne lanie. Wychowano ich w zupełnie innych, odległych od siebie światach.
Gramofon należał jeszcze do Adeli. Ciągle działał, nadszarpnięty zębem czasu, wydawał z siebie całkiem znośny, choć odrobinę trzeszczący dźwięk. Adonis i Colton mierzyli się spojrzeniami; jeden i drugi był cierpliwy, a kot nie zamierzał odpuścić. Gdy mężczyzna wyciągnął dłoń w jego kierunku, uderzył w nią łapą sycząc. Szybko i mocno. To był cios ostrzegawczy, bez pazurów i Wolfe mógł być pewien, że gry spróbuje ponownie pogłaskać zwierzę, ostre brzytewki zatopią się w jego skórze jak w maśle. Nie przypadli sobie do gustu, oboje mogli się z tym zgodzić. W zielonych oczach Adonisa federalny jawił się jako niechciany intruz.
- Tak. To ją bardziej relaksuje niż... - Jessie usiadła obok, na kanapie i okryła się kocem splatając ramiona na piersi. Zerknęła pospiesznie na regał, by poratować się jakimś nazwiskiem - ...niż Dżin-Paul... Sartri.
Nie była do końca pewna, jak należy to przeczytać. Wiele razy imię i nazwisko filozofa prześlizgiwało się przed jej oczami, nigdy jednak nie słyszała jak należy je wymawiać. Ba, nigdy nie czytała żadnego z jego dzieł. Przeklęła w myślach; mogła wybrać po prostu Agathę Christie i nie musiałaby się zastanawiać, czy nie popełniła przypadkiem błędu.  
Milczeli przez chwilę oboje a w międzyczasie iglica na gramofonie przeskoczyła na kolejny utwór. Cisza pomiędzy nimi, która przez krótki moment wydawała się czarnowłosej uciążliwa i niezręczna, zmieniała się w nieszkodliwą, nawet przyjemną. Z ukrywanym zaskoczeniem zauważyła, że wcale nie czuła się tym skrępowana. Wyprostowała ręce, dłońmi chwyciła materiał koca. Bez słowa obserwowała jak Wolfe zdejmuje marynarkę i przewiesza ją obok. Zawiesiła na moment wzrok na materiale koszuli, który opiął jego bok gdy się przechylał, by tylko nim uciec  gdy spojrzenia obojga się spotkały. Nie było to nic wielkiego, a jednak poczuła się speszona. Odrobinę, sama sobie nie mogła się nadziwić.
Mogłaby mu zadać podobne pytanie. Już po pogrzebie, co ty tu jeszcze robisz? Większość osób, z którymi chodziła do szkoły wyniosła się z Jewell na dobre. Rzadko kiedy ktokolwiek wracał poza okresem świątecznym. Zostali tu tylko ci, którym w życiu nie wyszło, lub którym życie tak wyszło. Bez wahania stwierdzała, że zalicza się do drugiej grupy.
- Nie - pokręciła głową sięgając po winogrono. - Wypadki z polowań, wędkarze, którzy zaczepili haczyk sami o siebie, pogryzienie przez psa. Ale zwierzęta morskie? Nie. Nawet atak niedźwiedzia trafia się częściej. Tamten przypadek... nigdy wcześniej chyba nic takiego nie mieliśmy i...
Zagapiła się w tę niebieskość oczu i zgubiła wątek. Czajnik zaczął gwizdać. Najpierw cicho, by zaraz potem stać się coraz głośniejszy i głośniejszy. Kobieta wstała by wyłączyć gaz i zalać wrzątkiem kubki z wsypaną kawą. Postawiła oba na stoliku i wróciła się po mleko i cukier nie wiedząc, czy Colton cokolwiek z tych rzeczy doda do napoju. Adonis wskoczył na drugi fotel i zwinął się na nim w kłębek. Był wyraźnie obrażony.
- Chyba nawet się nie dziwię, że sprawą zajęło się FBI - powiedziała, ponownie przykrywając się kocem. Przysiadła na zgiętej nodze a następnie sięgnęła po butelkę i upiła łyk piwa. Nie chciała go wypytywać. Dobrze wiedziała, że nie może wiele powiedzieć, skoro sprawa jest w toku. Przechyliła się lekko w bok podpierając ręką, której łokieć podparła na zgiętym kolanie.
- Dlaczego FBI? - zapytała. Nie mogła się powstrzymać przed próbą wyciągnięcia z niego jakichś informacji. Nie na temat śledztwa, jakie prowadził. Ciekawość tego typu, która zwykle była w niej uśpiona, domagała się dziś odpowiedzi.- Mam na myśli ciebie.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 6/2/2019, 19:08
Pamiętał Adelę jako kobietę, która cieszyła się poważaniem wśród społeczności miasteczka. Nigdy jednak specjalnie się nad tym nie zastanawiał, bo nie było ku temu powodów. Ani nie należał do kółka lokalnych łobuzów, którzy z uporem maniaka przewracali skrzynki na listy sąsiadów, którzy to obierali sobie na ataki każdego, kto w jakiś sposób podpadł im innością cokolwiek by ona nie oznaczała. Społecznikiem tym bardziej nie był; być może było to egoistyczne, ale poza jego małym światem fantastyki w który uciekał, nie chcąc specjalnie zajmować się tym, co przynosiło ze sobą codzienne życie, niewiele go interesowało. Zmiany nastąpiły dopiero później, wraz z pierwszymi przyjaciółmi, jakich zdarzyło mu się poznać. Szczęście, którego do dzisiaj nie pojął. Poniekąd ich problemy stały się jego problemami, ale o tym, co działo się u niego w domu, nikomu poza Lucy nie mówił. Zresztą nie musiał; wiedzieli. Był im wdzięczny za to, że od żadnego z nich nie usłyszał nigdy dlaczego na to pozwalasz? Pytaniem tym katował się sam, a ostatnim czego potrzebował, były osoby trzecie które by je zadały, nie zdając sobie sprawy z tego, jak to jest. Nawet jeżeli w Jewell, za zamkniętymi drzwiami zadbanych, choć skromnych domków, patologia często goniła patologię.
Kot okazał się dokładnie taką paskudą, na jaką wyglądał, Colton jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Rękę od razu zabrał, nie chcąc ryzykować szram od adonisowych pazurów; bynajmniej nie dlatego, że miał jakiś problem z okaleczeniem tego typu, bólem czy widokiem krwi. Zwyczajnie nie chciał niepokoić gospodyni niemymi zatargami ze zwierzęciem, zupełnie jakby zawiązało się pomiędzy nimi coś na kształt rywalizacji. Tak naprawdę Colton nie miał po prostu zielonego pojęcia jak postępować ze zwierzętami wszelkiego rodzaju, bo we własnym mieszkaniu nie był w stanie utrzymywać przy życiu nawet średnio wymagającej rośliny. Czasy, kiedy zapalczywie pomagał dokarmiać bezdomne zwierzęta w Jewell, a tych nigdy tutaj nie brakowało, minęły.
Sartre był problematycznym, brzmiącym z francuska mianem. Wolfe zdziwił się, że padło, abstrahując już od pewnej niezręczności przy wypowiadaniu zagranicznych nazwisk. W dobie, kiedy wszystko w miarę możliwości było amerykanizowane, w tym nawet wymowa, nie zwrócił szczególnie uwagi na ewentualne błędy Jessie. Było to tak naprawdę ostatnie, o czym w tej chwili myślał, był się zresztą skłonny zgodzić z tym, że Sartre to niekoniecznie relaksująca lektura. Właściwie z jego perspektywy niestety też dość... Nudna. Jakkolwiek nie był to rodzaj poglądów, które należało wygłaszać głośno, niespecjalnie krył się z tym, że filozofowanie nigdy nie należało ani do jego ulubionych zajęć, ani tym bardziej lektur. Ciekawa rozmowa to jedno, zagłębianie się w te wszystkie nurty drugie. Ignorantem nie był; niezbędne podstawy znał. Nigdy nie odczuł potrzeby aż takich badań. Za to Agatha Christie, mimo pewnych niezręczności, gdy przychodziło do wątków trucia ofiar w swoich dziełach, stanowiła lekturę znacznie bardziej zajmującą, nawet jeśli pewnie według niektórych mniej ambitną. Po co jednak silić się na czytanie czegoś, co jest nudne. Pewnie dlatego tematu nie pociągnął.
— To dziwne. Ślady po zębach na tym ciele... — urwał świadom, że mimo sympatii nie może zbyt wiele wspominać o śledztwie. Zresztą cokolwiek by nie powiedział na temat tego ciała, nie mogłoby obyć się bez drastycznych szczegółów, a choć Jess jako pielęgniarka z pewnością nie takie rzeczy widziała, nie było powodu by wdawać się w detale. A jednak zainteresowały go jej słowa. Skoro to nie były częste przypadki, dlaczego akurat teraz? Dlaczego tylko jedno ciało? Sprawa była intrygująca, to jedno wiedział na pewno. Trup wyglądał jakby zaliczył spotkanie z przerośniętymi piraniami, a raczej wątpliwe, by pływały w chłodnych wodach Pacyfiku. — Mniejsza o to. Nieprzyjemny widok. Chyba nie ma co roztrząsać — machnął ręką i podziękował za kawę. Dosypał łyżeczkę cukru, ale mleka nie dolał, kątem oka obserwując obrażonego kota. Dobrze ci tak, paskudo. Uśmiechnął się pod nosem, mieszając czarny, gorący napój.
Skinął głową gdy przyznała, że to nie dziwne, że sprawą zajęło się FBI. To akurat go nie dziwiło. Bardziej zastanawiał go ten niezwykły przypadek, że wypadło akurat na niego. Akurat wtedy, gdy zmarł David. Gdy do Jewell przyjechała Lucy i Harper. Ale nie wierzył przecież w takie rzeczy, więc... I tą myśl porzucił, nim zdążyła na dobre rozgościć się w jego świadomości.
— A dlaczego pielęgniarstwo? — Rozbawiony, zapytał na poły retorycznie, bo mimo wszystko liczył, że Jessie odpowie. — Mamy takie zawody, przy których ludzie oczekują chyba jakiejś historii o wielkiej pasji, misji i idealizmie. W moim przypadku po prostu tak wyszło. Zaczynałem jako glina — skrzywił się nieznacznie. Ta praca kosztowała go sporo frustracji; minęły długie miesiące nim zrozumiał, że tak naprawdę nikomu nie jest w stanie pomóc. — Stwierdziłem, że spróbuję. I oto jestem. Musiałem nieźle nakłamać, żeby się zakwalifikować — zakończył przybierając żartobliwy ton; najzabawniejsze było jednak to, że właśnie powiedział jej prawdę. Tony Montana twierdził, że mówi prawdę nawet gdy kłamie. To chyba coś tego rodzaju.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 7/2/2019, 21:20
Adonis łypał co jakiś czas na Coltona przypominając o swoim niezadowoleniu. Nie ruszał się jednak z fotela; najwyraźniej wygrzał już sobie miejsce pomiędzy dwiema wyszywanymi włóczką poduszkami. Wyglądało na to, że Cole wygrał dziś bitwę, ale rozpoczął tym samym wojnę.
Ponownie powrócić można do początku, do tematu predestynacji. Czy siedzący obok Jessie mężczyzna faktycznie miał nadzieję, że wszystkie dziejące się ostatnimi w Astorii i Jewell dziwactwa są ze sobą powiązane i prowadzą go do nieuniknionego? Zapewne niekoniecznie. Twardo stąpający po ziemi człowiek wierzyć będzie, że sam o sobie decyduje popychany porywami serca i rozumu. Że sam jest kowalem własnego losu. Że wszystkiemu towarzyszy taki a nie inny, przypadkowy splot wydarzeń, w których człowiek po prostu stanowi rolę uczestnika, niejednokrotnie biernego. W drodze do sklepu poślizgnął się i upadł ponieważ zadecydował iść taką, a nie inną drogą. Dzięki uporowi i ciężkiej, niekiedy katorżniczej pracy udaje nam się osiągnąć to, do czego dążyliśmy.
A co, jeśli poza nadzieją i uporem jest coś jeszcze? Co, jeśli za otoczką tego wszystkiego kryje się, głęboko w mroku coś, o istnieniu czego lepiej nie wiedzieć? Zdarzało się, że zbiegi okoliczności nimi nie były. Że ścieżka, którą z uporem podążamy została nam wskazana dawno temu. Postawieni na niej po prostu nią ślepo podążyliśmy w ułudzie normalności, nie podejrzewając niczego. Cały czas budowaliśmy zamki z piasku o wysokich wieżach i zdobieniach z muszelek. Wystarczy pojedyncza fala, by zamek z piasku runął. Odrobina wiedzy by okazało się, co faktycznie istnieje naprawdę, a co nie. Głęboko w mroku kryło się ciemne światło, o którym wielu woli nie wiedzieć.
Jessie należała do tych osób, które nie chciały wierzyć w takie banialuki. Ostatnim w co chciała wierzyć to to, że przeznaczone jej było to, co spotkało ją w ostatnich latach. Na swojej ścieżce postawiona została jednak już dawno temu. Może nawet sama nieświadomie ją wybrała.
- No tak - zaśmiała się krótko. To było oczywiste, pytanie za pytanie, uczciwa wymiana, jak w alchemii. Podnosiła butelkę do ust, ale zatrzymała ją w połowie drogi i spojrzała na Coltona. - Nakłamałeś, żeby się dostać do FBI? Nie... - pokręciła głową z rozbawieniem. Kot znów na niego łypnął zielonym okiem. - Przecież nie można nakłamać FBI. Nie można, prawda? Mają tych swoich profilerów, i... zrobiłeś to - dotarło to do niej z małym opóźnieniem, choć było tak oczywiste. Nosił okulary. Ludzie z wadą wzroku byli na starcie wykluczeni z listy, jeśli chodziło o możliwość posiadania broni. Tak jej się przynajmniej wydawało, nigdy nie wypytywała o to siostry. Zdarzało się też tak, że z pracy w policji wykluczało samo posiadanie tatuażu. Na wytatuowanego w jakikolwiek sposób Wolfe jej nie wyglądał. Ale to były już jedynie domysły. Napiła się piwa; butelki nie odstawiła na stolik, zostawiła w dłoniach.
- Na studia bym się raczej nie dostała, z resztą... chyba nawet nie chciałam - powiedziała po chwili namysłu. Już kilka razy zadawano jej to pytanie, chociażby pierwszego dnia stażu: co tutaj robicie? Dlaczego chcecie tu być? To nie tak, że miała teraz gotową odpowiedź, którą zamierzała powiedzieć niczym formułkę. - Wybór był trochę losowy, bo nie byłam pewna co chcę robić w życiu. Później... - zamilkła na chwilę. Nie lubiła mówić ludziom o tym co myśli i czuje choć w większości przypadków to nie była żadna tajemnica. Uważała to jednak za pewien sposób obnażenia przed drugą osobą. - Później okazało się, że to lubię. Że chcę pomagać innym. Że chcę to robić. Że chcę być pośród tych, którzy ratują ludziom życie - miała wrażenie, że to wszystko brzmi miałko i nijak. Przed chwilą nieświadomie zdeprecjonował powody, dla których wybrała taki, a nie inny zawód. Wzruszyła ramionami i upiła kolejny łyk z butelki.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 11/2/2019, 17:50
Gdzieś w pędzie codziennego życia, pomiędzy jednymi obowiązkami dorosłego życia, a drugimi, gdzieś pomiędzy płaceniem podatków, chodzeniem do pracy i sprawianiem wrażenia, że ma się wszystko pod kontrolą, brakowało czasu na roztrząsanie, czy coś było przypadkiem czy niekoniecznie. Kiedy Colton wracał niejednokrotnie po kilkunastu godzinach pracy do mieszkania, nie tylko nie miał ochoty roztrząsać czy to, co widział było dziełem człowieka czy czegoś jeszcze. On zwyczajnie nie miał na to siły, nawet jeżeli z lat nastoletnich wyniósł coś, co można by określić podstawą do tego, by faktycznie w przypadkach upatrywać się czegoś jeszcze. Niewyjaśnione zjawiska przecież towarzyszyły mu już od dawna, a to, że sam wybrał by tłumaczyć je w możliwie przyziemny sposób, to była już całkiem osobna kwestia. I tak, czasem jak niechciany, nieproszony gość pojawiały się wspomnienia, które zaburzały ten zbudowany skrupulatnie spokój. Jak ten zamek z piasku, mógł on łatwo runąć, ale Colton jakby nie mając wiedzy, nie przejmował się tym, mimo że człowiekiem był przecież rozsądnym. I to właśnie ten rozsądek sprawił, że zamiast teraz biegać po świecie jako zapalony fan teorii spiskowych, preferował najłatwiejsze wyjaśnienia logiczne, nawet wtedy, gdy tej logiki było niewiele. Rozwiązywał już wiele spraw, niektóre przypominały scenariusz naprawdę pokręconego kryminału. Ale zupełnie jak w Scooby Doo, duchy, wampiry, wilkołaki i strzygi koniec końców okazywały się ludźmi. Niepotrzebne były społeczeństwu potwory, sami potrafili nimi być.
Wszystko można — rzucił krótko, wyraźnie rozbawiony tym, że rozbawił ją. Zerknął przelotnie na Paskudę, łypiącą wciąż nieufnie spomiędzy kolorowych poduszek. Pewnie byłby zadowolony z tego, że to o okularach pomyślała, nie o czymś znacznie gorszym. W porównaniu do tego, jaka była prawda, niewielka wada wzroku nie uczyniła wielkiej różnicy. Tym bardziej, że właściwie mógł obejść się bez okularów w codziennym życiu, a nosił je głównie z własnej wygody.
Mają profilerów, ale to tylko ludzie. Popełniają błędy, jak każdy — rzekł niewzruszony. Zupełnie jakby łut szczęścia pomógł mu wtedy prześlizgnąć się tam, gdzie ktoś inny by się nie prześlizgnął. Mawiają, że kłamstwo ma krótkie nogi, że prawda zawsze wyjdzie na jaw. Colton w to nie wierzył. Gdyby naprawdę tak było, świat zapewne już by nie istniał. Czasem kłamstwo było przydatne, czasem budujące. Równie często niszczące. Może cynicznym byłoby założenie, że wszyscy w jakiś sposób kłamią, ale tak to już było. Ułuda to wygodne narzędzie, którym można dowolnie manipulować, również samego siebie. Był jednocześnie ciekaw, czy gdyby wiedziała co czai się w jego głowie, rozmawiałaby z nim równie chętnie.
Zrobił kubkiem taki ruch, jakby przybijał Jessie toast. Sięgnął po kawę i upił łyk. Gorący i słodki napój rozgrzał przełyk, nim odstawił naczynie na blat stolika. Odchylił na krótką chwilę głowę do tyłu, jakby chciał rozruszać zastane kręgi szyjne. Zupełnie jakby wiek powoli dawał o sobie znać ze zdwojoną siłą, witając go o poranku bolącym kręgosłupem i nieco gorszą kondycją, mimo że o tę ostatnią dbał ze względu na pracę. Milczał, gdy mówiła, przypatrując jej się z uwagą, choć nie w sposób który mogła odebrać za nachalny. Przyglądał się przy tym językowi jej ciała, zwracając uwagę na to, czy mówiła coś niechętnie, czy wręcz przeciwnie, zupełnie jakby zamierzał przejrzeć na wylot. Zboczenie zawodowe, czy po prostu ciekawość?
A co z tymi, których nie uda się uratować? — Zapytał. Nie odebrał jej słów jako nijakich, bo nie dostrzegł, żeby kłamała, chyba że dobrze się z tym kryła. Problem z ludźmi polegał na tym, że wydawało się im, że wiele rzeczy powinni odczuwać. Psychika podpowiadała im odpowiednie reakcje. Pewne zawody wiązały się z określonymi stereotypami na temat ludzi, którzy je wykonują, czego sam był doskonałym przykładem. Nie znaczyło to jednak, że deprecjonował ludzi, którzy naprawdę mieli misję. W końcu sam zaczynał jako gliniarz licząc, że komuś pomoże. Tak czy inaczej był zwyczajnie ciekawy jej opinii i tego, jak sobie z tym radzi. Pewnie sama napatrzyła się na śmierć. Uświadomił sobie również, że ostatnio każda jego rozmowa zahacza w taki czy inny sposób właśnie o ten temat. Wesoły z ciebie facet, Col..







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 11/2/2019, 22:12
- O mój boże, i przyjęli takiego kłamczucha? - to miało być pytanie, ale zabrzmiało jak stwierdzenie. Przekonana, że chodzi o wadę wzroku, która na pewno nie mogła być znacząca, nie kryła rozbawienia. Sytuacja prawdopodobnie wyglądałaby inaczej, gdyby wiedziała jak jest naprawdę. Jedna z jej koleżanek z pracy, Connie, miała męża, który był żołnierzem. Po pamiętnym jedenastym września wyjechał do Afganistanu, gdzie jego jednostka stacjonowała przez dziesięć miesięcy. Wrócił stęskniony i o grubszym portfelu, z nowymi doświadczeniami. Zdecydował się więc na drugi wyjazd. Do Ameryki przyleciał bez nogi i zdrowych zmysłów. Do dziś kontynuował leczenie psychiatryczne. Bo tak naprawdę tam został, nigdy nie wrócił do domu. Connie rzadko o tym opowiadała. Jej też było ciężko, Jessie była tego pewna.
Oboje utkali sobie szaty z kłamstw i kłamstewek mających służyć za zasłonę przed światem. Wszystko jest w porządku, mówili. Nic się nie stało. Czuję się świetnie. Z lepszym lub gorszym skutkiem; najważniejszym było okłamać samego siebie. Szło jej to bardzo dobrze i tylko łapała się za chwile, w których stawała twarzą w twarz z gorzką prawdą. Król jest nagi, jak zawołało dziecko w pewnej bajce.
Zamilkła gdy zadał pytanie. Uniosła nieznacznie podbródek, zmarszczyła lekko brwi. To nie było jednak spojrzenie gniewne, zezłoszczone. Była zaniepokojona. Jednym, prostym pytaniem trafił w czuły punkt. Nie była w szpitalu, przez co nie czuła się pewnie w zasłanianiu się pacjentami. Dziwaczna rzecz, że dużo łatwiej przychodziło jej to w pracy. Uciekła spojrzeniem próbując zawiesić je na butelce z piwem, kubku z kawą, kancie stołu czy w końcu kącie pokoju. Wplotła palce we włosy udając, że się zastanawia. A przecież nie miała nad czym. Zaplątany dotychczas w czarne kosmyki papieros w końcu wypadł. Złapała go zaskoczona, dopiero teraz przypominając sobie, że go w nie wetknęła.
- Nie da się wszystkich uratować - rzuciła bardziej sucho niż miała w zamiarze. Nie wszystkich da się uratować; do dziś tego nie mogła przełknąć. Takie było życie i nie potrafiła się z tym pogodzić. Nie w tych kilku przypadkach. - Przepraszam.
Płyta się skończyła, w pokoju zaległa cisza. Wykorzystała to by wstać i przesunąć igłę z powrotem na jej krawędź. Aretha znów zaczęła śpiewać, atmosfera przez ten krótki moment zdawała się rozrzedzać. Do kanapy kobieta wróciła nieco tanecznym krokiem, jakby sama chciała załagodzić w ten sposób ostry ton.
-Przepraszam - powtórzyła siadając i ponownie okrywając ramiona kocem. - Po prostu... przejmuję się tym. Wyjechałeś z Jewell. Dokąd? Quantico? - szybka zmiana tematu wydała się jej najlepszym wyjściem.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 14/2/2019, 16:32
Uniósł jeden kącik ust w uśmiechu na słowa Jessie. Choć rozbawiony, nie był to jednoznaczny uśmiech; gdzieś po głowie tłukło się, jak ptak zamknięty na przekór swojej naturze w klatce gdybyś tylko wiedziała, jak wielki kłamca. Ale nikt nie wiedział, nie mógł wiedzieć. Gdyby Colton komukolwiek się tym pochwalił, wręczyłby mu do ręki zapalnik bomby, która w ułamek sekundy mogłaby pozbawić go wszystkiego, co miał. Może to było niewiele; może ktoś mógłby uznać to za zakrawające na śmieszność, ale nie miało to znaczenia. A jednak stabilna kariera w obecnym świecie, to w jego opinii nie było tak mało. Wolfe tym mniej chętnie nie dzielił się z nikim przypadłością, na którą cierpiał, bo towarzyszyła mu stała świadomość, że zwykle ludzie przechodzili przez znacznie większe piekło niż to, przez które przeszedł on. A jednak mimo to nie mógł pozbyć się tego palącego problemu, znamienia wstydu, kiedy po raz kolejny budził się z koszmaru, albo ściągał na chwilę maskę braku jakiegokolwiek wzruszenia, by z niepokojem spojrzeć za siebie. Kiedy podskakiwał nerwowo, bo ktoś włączał krajalnicę, której dźwięk przypominał mu nieprzyjemnie o czymś innym, aż miał ochotę pochwycić urządzenie i rozbić o ścianę. Właśnie tak, zupełnie jakby tam został, mimo że przecież odszedł już dawno. Nienawidził tego. Przychodziło znienacka, zawsze wtedy, kiedy najmniej się spodziewał. Paraliżowało.
Najwyraźniej. Tylko mnie nie wydaj — odparł żartobliwie. Bardzo szybko odnotował zmianę, która nastąpiła wraz z zadanym przez niego pytaniem. Żaden jej gest nie umknął jego uwadze, zupełnie jakby zamierzał zacząć zgadywać, co wywołało taką reakcję, mimo że nie była to jego sprawa. Podążył wzrokiem za wypadającym z włosów kobiety papierosem, zainteresowany. Przez dłuższą chwilę nie odpowiedział, jedynie patrząc.
Nie przepraszaj. To prawda. Dlatego rzuciłem pracę w policji — rzekł po przeciągając się nieco chwili. Oschły ton go nie zrażał. Potrzeba było znacznie więcej, by go zniechęcić i zwykle dotyczyło to raczej naciskania na sprawy, o których to on nie chciał rozmawiać. Bywało, że ludzie zwracali się do niego znacznie gorzej, zwłaszcza w trakcie śledztw. Nie wszyscy ufali FBI, kojarząc ich niejednokrotnie z setkami teorii spiskowych, o których nawet nie słyszał. Upatrując się w nich zła i odpowiedzialnych za wymyślone operacje false flag i steki innych bzdur.
A jednak fakt, że Jessie stwierdziła, że się tym przejmuje, dał mu trochę do myślenia. Może i pociągnąłby temat. Może i zapytałby, jak jej się wobec tego żyje z takim brzemieniem, bo strzelał, że niełatwo. A jednak tego nie zrobił, akceptując całkowicie zmianę tematu, nawet jeżeli na znacznie mniej z jego perspektywy wygodny. Mówienie o sobie było czymś, czego generalnie nie lubił. Nigdy nie wiedział od czego zacząć, ograniczał się zatem do zdawkowego tak, nie, może. Tym razem jednak, zupełnie do siebie niepodobnie, postanowił odpowiedzieć. Informacja za informację. Tak było sprawiedliwie.
Portland. Później Waszyngton. Później znowu Portland. Gdybym został w Waszyngtonie, pewnie by mnie tu dzisiaj nie było — odparł zgodnie z prawdą. Jakie to czasem dziwnie, jak mało trzeba, by całkowicie zmienić to, jak potoczy się życie. Gdzie byłby, gdyby nie decyzja przełożonych o wysłaniu go do Portland? Nie miał pojęcia.
Mieszkacie tu z Raven same? — Zapytał po chwili. Zdjęcia w przedpokoju sugerowały co innego, a choć teoretycznie nie powinien się tym w ogóle interesować, pytanie wydawało się zasadne; coś tam tłumaczył sobie rzeczowo wewnątrz własnego umysłu, że to normalne pytanie. Wszak nie chciałby niezręcznej sytuacji w postaci wracającego do domu partnera Chapman i konieczności tłumaczenia mu, że on to tylko stary znajomy i wpadł tutaj przelotem. Normalna sprawa, ludzie bywali różni, on pojawił się tutaj znikąd i zawłaszczył sobie fotel kota...







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 14/2/2019, 21:37
Wszyscy skrywamy sekrety. Mniej lub bardziej mroczne. Nocami gryzą nas lęki intymne, pierwotne, zakorzenione głęboko w naszym jestestwie i bytności. Pozbycie się ich jest niemożliwe a jedynym rozwiązaniem jest nauczyć się z nim żyć. Pogodzić się z tym, że nawet jeśli w końcu znikną, to tylko pozornie. Spokoju upatruje się w bezkresnym oceanie pobożnych życzeń, które w większości są niemożliwe do spełnienia. Modlitwy nie pomogą. Ktoś mógłby powiedzieć, że Bóg stworzył nas takimi jacy jesteśmy i zostawił, byśmy uczyli się istnienia. Kto inny rzeknie, że stworzył ludzi na swój wzór i doszedł poznawszy prawdę o samym sobie. Chapman zdawała sobie sprawę z tego, że niektóre sprawy trzeba po prostu wziąć we własne ręce, ponieważ niczego nie dostaje się w prezencie. Nie była jeszcze na to gotowa usilnie podświadomie odrzucając myśl, że jeśli sobie nie radzi, wystarczy poprosić o pomoc. Że proszenie o nią nie jest oznaką słabości. Mogła powtarzać to innym, ale nie sobie. Zrozumienie własnej potrzeby w rzeczywistości było najtrudniejsze. Była jak alkoholik, który uważał, że nie ma żadnego problemu.
Być może któregoś dnia Colton dowie się, jak to jest naprawdę z Jessie. Prostym, prościutkim pytaniem niczym kluczem otworzy sobie drogę to równie prostych odpowiedzi, z którymi z nikim nie chciała się dzielić. W tej chwili była mu wdzięczna za to, że odpuścił. Nie trudno było zobaczyć cień ulgi, który przemknął przez jej twarz. Odłożyła papieros na blat stolika i sięgnęła po ciepły kubek z kawą. Przez moment wpatrywała się w czarny, gorzki napój. Jako dziecko nie znosiła kawy. Krzywiła się strasznie, gdy mama dała jej kiedyś spróbować. Z wiekiem wiele rzeczy się zmieniało.
– To prawie jak życie na walizkach – zauważyła podnosząc wzrok na mężczyznę. – Raz tu, raz tam. Aż przywiało cię z powrotem do Jewell – przekrzywiła lekko głowę. Była ciekawa, czy wybrał swoją ścieżkę kariery ze względu na Amber. Jej pamiątkowa fotografia nadal stała w jednej ze szkolnych gablotek. Na jednej z półek znajdowały się szkolne trofea z kilku olimpiad sportowych i naukowych, oprawiony w ramkę artykuł dotyczący jakiejś zbiórki na szlachetny cel, którą urządzili lata temu uczniowie. Wszystko co się tam znajdowało było niczym niezakopana kapsuła czasu, na którą mało kto zwracał uwagę. Dzisiejsi uczniowie już nie pamiętali kim jest uśmiechnięta, młodziutka dziewczyna ze zdjęcia. Jessie także o niej zapomniała. Póki nie spotkała Wolfe’a w szpitalu. Sprawa do dziś pozostawała nierozwiązana, a przynajmniej tak jej się wydawało. W tym świetle słowa po prostu tak wyszło wydawały się nieprawdziwe. Nie zamierzała poruszać tematu Amber. To byłoby co najmniej nie na miejscu.
– Tak. Po śmierci ciotki zostałam tu sama. Raven wróciła na początku listopada – skinęła głową i napiła się kawy. Nie była już gorąca. – Ten dom jest tak duży, że mogłabym otworzyć pensjonat. Chwilę później bym zbankrutowała – uśmiechnęła się. Otwieranie jakiegokolwiek przybytku tego rodzaju w Jewell mijało się z jakimkolwiek celem. Bardziej rentowne wydawało się hodowanie mleczy w ogródku.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 18/2/2019, 20:59
Sekrety. Tak, zdecydowanie każdy miał swojego trupa w szafie. Niektórzy mieli nawet kilka; również dosłowność tego stwierdzenia w zależności od danego przypadku, mogła być całkiem wysoka. Tak, jak u Coltona. Pękający kark Amber. Ojciec żywcem mielony przez maszynę. Wyciągnij wtyczkę, Col! Odgonił te myśli, które stały się jego nowymi przyjaciółmi od momentu przyjazdu do cholernego Jewell. Powinien wiedzieć, że tak właśnie będzie; ba, wiedział to. Śmierć Davida napędziła na nowo machinę wyrzutów sumienia i niepokoju. A co co jeśli to nie był wypadek? Nie, nie tędy droga. Tego typu rozważania zakrawały o śmieszność, a jednak gdzieś tam wciąż uporczywie krążyły. Niemniej, nie zamierzał się nad tym zastanawiać akurat w tej chwili. Nawet jeżeli miał przed sobą kogoś, kto w pokrętny sposób również należał do tego jego dawnego życia. A jednak była tutaj teraz; inna, nie mając właściwie nic wspólnego ze sobą z dawnych lat. A może jednak miała? Nie wiedział tego. Chciał się dowiedzieć? Może. Zupełnie jakby coś odblokowało się w Niedźwiadku po pogrzebie Davida. Colton nie był pewny, czy to dobra zmiana. Nie był też pewny, czy w ogóle chce to postrzegać w takich kategoriach.
Odnotował ulgę, która odmalowała się na twarzy Jessie i gdyby nie był sobą, być może powiedziałby wiem, jak to jest. Ale niestety zdecydowanie sobą był i z manierą prawdziwego emocjonalnego upośledzeńca, niczego nie powiedział, całkowicie przestawiając się w związku ze zmianą tematu. Gdy papieros nie zdobił już włosów Jessie, niczym jakaś bardzo absurdalna spinka, nagle uznał, że jednak lepiej mu było w jego pierwotnym miejscu.
Wszystkie drogi prowadzą do Jewell — skrzywił się, ale wyraz jego twarzy zaraz złagodniał. Nie chciał, by odebrała to jako jakiś przejaw ogromnej jego niechęci do tego miejsca, ale ciężko było ukryć, że znacznie lepiej mu było, kiedy trzymał się z daleka od wspomnień, które atakowały jak wściekła bestia gdziekolwiek się tutaj nie ruszył. Drobne, czasem nic nieznaczące przedmioty, jak przekrzywiona skrzynka na listy w jednym z opuszczonych domów niedaleko, który całkowicie już wyniszczał przez te lata. Niektóre rzeczy pozostały niezmienne, inne przeszły taką metamorfozę, że ledwo co poznawał. Dom starej pani Rollins, która miała chyba ze dwanaście kotów, kupił ktoś inny. Wyremontował, zacierając całkowicie ślady po tym, że kiedyś mieszkał tam ktoś zupełnie inny. Ciekawe, co stało się z kotami. — Nie mam większych zobowiązań, więc życie na walizkach szczególnie mi nie przeszkadza — dodał jeszcze, jakby z kronikarskiego obowiązku. Stały ruch i zmiany były dobre; nie dawały bowiem zbyt wiele czasu na to, by stale wałkować te same rozmyślania. Zdecydowaną większość czasu spędzał w pracy.
Chyba dobrze wobec tego, że Colton mimo ciągotek nie zajechał i do szkoły w Jewell. Zupełnie jakby satysfakcję sprawiało mu rozdrapywanie starych ran, skoro już i tak część została rozdrapana; a jednak tego chyba by nie zniósł. Zdjęcie Amber, które wciąż mogło tam być, stać sobie, jakby nic się nie stało... I może tylko co bardziej dociekliwy dzieciak zainteresuje się sprawą i pogrzebie w archiwum szkolnej gazetki. Gdyby Col znowu miał dwanaście lat i chodził do szkoły, pewnie sam by grzebał, bo to prawdziwa gratka dla domorosłych detektywów. Niemniej dobrze, że temat nie padł.
Domyślam się, że turyści nie walą tu drzwiami i oknami. A od wypadku w kopalni, chyba nawet mieszkańcy uciekają? — Kolejny łyk kawy; zasłyszał o tym fatalnym wypadku. Znał nazwiska ofiar. Kojarzył, ba! Niektórych znał. Byli w jego wieku, czasem nawet młodsi. Zdecydowanie za młodzi, żeby ginąć w tak okropny sposób. Czasem się zastanawiał, czy gdyby tutaj nie został, nie pracowałby przypadkiem w kopalni. Może zostałby gliniarzem. Może pomagałby szukać Nan Brown, o której słyszał, że się znalazła. Gdzieś mignęły mu akta tej sprawy. Tyle nieszczęść jak na takie małe miasteczko.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 19/2/2019, 15:11
Nigdy nie mieli ze sobą specjalnego kontaktu. Praktycznie rzecz biorąc, a także i technicznie - byli sobie obcy. Łączyło ich jednak przeklęte Jewell. Pochodzenie i wiedza związana z tym miasteczkiem, wspomnienia dotyczące jakichś marnych, małych festynów i dożynek. Niewielkich wydarzeń, które władze miasteczka nie wiedzieć po co wynosiły do rangi wielkich i niezwykle istotnych. Dawnych informacji przenoszonych pocztą pantoflową. Rzec by można, że w pewnym sensie czas tutaj się zatrzymał; pomijając kilka wyjątków, działo się w Jewell to samo co dziesięć lat temu, to samo co dwadzieścia. Zmieniały się tylko twarze mieszkańców.
Zupełnie paradoksalnie - kilka lat temu zdecydowała się wybrać na festyn zorganizowany z okazji święta kukurydzy czy innej pietruszki. Rzucała razem z Davidem i jego dzieciakami obręczami w puszki. Zabawy mieli przy tym co nie miara, przyjemnie było ich obserwować. Gdyby dzisiaj miała większą wiedzę, gdyby znała prawdę - byłaby pewna, że wie jak brzmiało życzenie mężczyzny. I że magicznie przeklęte chwilo, trwaj! w końcu go dopadło, bo wszystko się spełniło. Ale nic nie wiedziała. Nawet nie czytała Fausta.
W aptece najlepiej sprzedawały się antydepresanty; pod tym względem mieścinka była rajem dla producentów tych leków. Wolfe wcale nie wyglądał jakby pochodził właśnie stąd. Przyglądała mu się z uwagą: na zaczesane do tyłu włosy, skryte za eleganckimi oprawkami okularów niebieskie oczy, delikatne zmarszczki na policzkach, które pojawiały się gdy się choćby odrobinę uśmiechał. Pasował teraz do Jewell jak pięść do nosa. Byłoby perfidnym kłamstwem gdyby stwierdziła, że miał w sobie pewnego uroku, którego w żaden sposób nie potrafiła określić.
W dość elegancki i subtelny sposób wymienili się między sobą informacjami dotyczącymi tego, jakie mieli statusy związków. Słowa o zobowiązaniach przypomniały Jessie o jeszcze jednej sprawie, która go dotyczyła. Mimowolnie wzdrygnęła się na wspomnienie tego, co stało się z ojcem Coltona. Widział coś tak paskudnego będąc zaledwie smarkaczem. To musiało się na nim w jakiś sposób odbić. Kolejny temat, którego nie zamierzała teraz poruszać. Niemniej świadomość tego wzbudziła w niej pewną ciekawość.
– Zrobiło się ciężko – przyznała. – Ludzie potracili pracę. Połowa tych, którzy wyszli z tego bez szwanku upija się w pubie. To drażliwy temat, którego lepiej przy nich nie poruszać. Ci, których na to stać, faktycznie wyjeżdżają. Ale sprzedanie domu w Jewell to nie jest łatwa sprawa nawet, jeśli koszty życia tutaj są mniejsze niż chociażby w Astorii – znowu zamilkła i zerknęła na ignorującego ich kota. Tematy wypadły im trudne, wcale a wcale nie budujące na duchu. W innych okolicznościach już w połowie rozmowy spróbowałaby go do siebie zniechęcić i uprzejmie wyprosić. Tymczasem słowa jej nie ciążyły. Czuła się dobrze w towarzystwie Wolfe’a.
– Zajmuję się kilkoma z tych górników. Większości się polepsza – powiedziała sięgając po winogrono. – Dwóch nawet w przyszłym tygodniu będzie mogło wrócić do domu. Naprawdę mnie to cieszy. Na cmentarzu dosłownie zaczyna brakować miejs… – urwała, skupiając spojrzenie na skarpetkach, które wyglądały spod czarnych nogawek spodni garnituru. Normalnie nie zwróciłaby na to większej uwagi. Sama nie raz łapała za byle co z szuflady gdy się spieszyła. Pomieszane kolory, w zestawieniu z czernią  przykuły jednak wzrok. – …brakować miejsc.
Sympatia, jaką odczuwała w stosunku do mężczyzny wzrosła niemalże zauważalnie. Jakby miała nad głową pasek sympatii jak w The Sims. Ten drobny szczegół przełamał wizerunek  poważnego, sztywnego agenta, który mimowolnie i podświadomie stworzyła sobie w głowie. Małe rzeczy niejednokrotnie posiadały dużą moc. Jak butorolki u pediatry w szpitalu w Astorii - dzieci automatycznie czuły mniejszy stres widząc swojego lekarza jadącego przez kilka metrów korytarza. Jak czerwone piórko wsunięte w kapelusz jednego ze stałych bywalców Niedźwiadka. Konkretny nadruk na bluzie. Pomyślała, że Wolfe ma w sobie pewną dozę nonszalancji i dystansu do tego jak wygląda, czym się zajmuje i co go otacza. Może jakieś przewrotne poczucie humoru, lekkość. Jakkolwiek to nazwać. Być może po prostu dobrze wiedział jak działają tego typu drobiazgi i umiejętnie tę wiedzę wykorzystywał.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 22/2/2019, 23:37
Festyny i dożynki spędzał zwykle wszędzie, tylko nie tam gdzie powinien. Włócząc się z Harper, Lucy, Amber i Davidem; tak to już zwykle bywało. Snując plany na przyszłość, z których nie wypalił dosłownie żaden. Gdzie wtedy była Jessie? Za młoda, żeby w pełni zwracał na nią uwagę, najpewniej. Po prawdzie mieli wtedy swój mały, hermetyczny świat, gdzie zwykle nikt się nie pchał; a może to po prostu oni nikogo do niego nie dopuszczali, jakby z obawy, że wszystko się rozsypie. Dziecięce mrzonki, bo przecież i tak wszystko się rozsypało. Może przeznaczeniem większości wzniosłych przyjaźni z młodości było się rozpaść. Co się z tego wyciągnie, to swoje; a cała reszta? Blaknie na przestrzeni czasu. Być może dlatego tak dziwnie było spotkać teraz Harper czy Lucy. Może po prostu nie dotarło do niego w pełni, że to były właśnie one. Podobny problem miał teraz z Jessicą. Wiedział przecież, że to ona, ta konkretna Jessica Chapman, a jednak dostrzegał w niej tylko dalekie echo samej siebie. Pewnie byłby jej wdzięczny wiedząc, że oszczędziła mu wspomnień dotyczących Davida. Temat wciąż był drażliwy. Już nawet nie z powodu jego śmierci; bardziej dlatego, że od czasu gdy dostał informację o jego śmierci, stale towarzyszyło mu to parszywe poczucie porażki. Zjebałeś to, Wolfe. Żałował nagle każdej nieodbytej rozmowy telefonicznej, każdego głupiego wspomnienia, o którym z nim nie porozmawiał. Nie był na jego weselu, przy narodzinach jego dzieci. Nie poznał jego rodziny, nie odezwał się z pytaniem, co u niego słychać. Nie zaproponował, że wpadnie kiedyś żeby pogadać. To, że można umrzeć w każdej chwili wydawało się truizmem, banałem, ale chyba nigdy nie docierało z taką mocą jak wtedy, gdy odchodził ktoś, kto niegdyś był bliski.
Jewell mogło wyjść z człowieka, ale człowiek z Jewell nigdy. Gdzieś z tyłu głowy wciąż miał wszystko to, co się tu wydarzyło. Bo było tego zbyt dużo, żeby tak po prostu zapomnieć. Żaden garnitur i dobra praca nie były w stanie tego zmienić. Czuł na sobie spojrzenie Jessie i zastanawiał się, o czym myślała. W swoim mniemaniu nie widział w sobie niczego specjalnego i nie była to kwestia szeroko pojętej, fałszywej skromności. Gdyby tylko wiedziała... Jak sam niedaleko brania proszków tego typu się uplasował. A jednak nigdy do tego nie doszło. Trzymał się kurczowo resztek zdrowego rozsądku, nie przyjmując do wiadomości, że mógłby go stracić. Każdy miał jakieś swoje demony; w jego przypadku stwierdzenie to było absurdalnie dosłowne. Przypuszczał, że i Jessie miała swoje na sumieniu. Czuł się dziwnie spokojny kiedy tutaj siedział, a choć stanowiła przecież jakiś dowód minionego życia, którego wolałby chyba nie pamiętać, dopadała go pewna swojskość.
Wiem, że niełatwa. Nikt nie chce kupować tych nieruchomości już od ładnych paru lat — odparł, machając niedbale ręką. Nie dlatego, że uważał temat za lekki czy nie wart dyskusji; sam sprzedawał tutaj rodzinną farmę i wiedział, jak to wygląda. Znalezienie klienta spoza Jewell było ciężkie, a ludzie stąd... Nikt nie chciał tej farmy. Wszyscy znali jego ojca. Ich stodoła stała się nagle miejscem jakiegoś przekleństwa. Nawet jeśli dla Coltona była świadkiem małego zwycięstwa. Okrutne? Owszem. Nigdy nie powiedziałby, że żałował tej śmierci. Nie był Jezusem, więc i nie miał w zwyczaju bezwarunkowo za wszystko przebaczać. Ojcu wciąż nie wybaczył, ale zdawał sobie sprawę, że to nie jest materiał na rozmowę tutaj i teraz. Najlepiej nigdy.
Przyglądał się jej, gdy opowiadała o górnikach, którymi się zajmuje. Chyba podziwiał. Nawet nie chyba, na pewno. To był inny rodzaj pomocy niż ten, który sam znał. Poza tym gdy dowiedział się o wypadku, czuł się jakby dostał po twarzy. To byli jego znajomi. Dalsi, bliżsi, z niektórymi rozmawiał lata temu, z innymi... Jeszcze dawniej. Ale znał ich przecież.
Nie myślałaś, żeby przenieść się chociażby do Astorii? — Dopytał. Miasto wydawało mu się całkiem przystępną do zamieszkania metropolią. Na pewno przedstawiało lepsze warunki niż to, co było tutaj, w Jewell. być może l dlatego wynajęte mieszkanie znajdowało się raczej tam. W Jewell nawet nie szukał lokum. — Powinnaś kiedyś do mnie wpaść — rzucił mimochodem nim pojął, że właściwie niewiele miało to wspólnego z tematem. Zupełnie jakby posłużył się skrótem myślowym. Pracowała w Astorii, więc przecież nie miała daleko, prawda?
Zauważyłem. Społeczeństwo się tu chyba starzeje — mruknął, przyglądając się Jessice nieco uważniej, gdy tak urwała wpół zdania. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem i zdał sobie sprawę, że chyba zauważyła to, co pieczołowicie próbował zakryć od rana. Niestety było w tym znacznie mniej celowego działania, niż to podejrzewała. Po prostu ubierając się rano w pośpiechu, dał za wygraną nie mogąc znaleźć idealnej pary pieprzonych skarpet. Zupełnie jakby nawet takie drobiazgi starały mu się udowodnić, że nie miał żadnej kontroli nad tym, co dzieje się wkoło.
Zapalisz? — Zapytał, wstając z fotela. Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Palił sporadycznie; papieros we włosach kobiety mu o tym jednak przypomniał, a wraz z tym naszła go ochota na odrobinę nikotyny. Spojrzał w kierunku drzwi, jakby w pełni i od razu akceptując, że nie będzie palił może akurat tutaj. Wszak mogła sobie nie życzyć.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 24/2/2019, 23:14
Mijające lata przynoszą zmiany każdego rodzaju. Już nie była dzieckiem, o którym zamiast "jaka śliczna dziewczynka" mówiono "och, Jessie!", a dorosłą kobietą o nietypowej, dla niektórych zapewne wciąż dyskusyjnej urodzie. Jej charakteru nigdy wcześniej nie miał okazji poznać, poza tym jednym, krótkim razem gdy przyszedł po książkę. Jej wspomnienie było bardzo, bardzo odległym echem. Ale to właśnie ona siedziała tu teraz przed nim, nieuczesana, z butelką piwa i kubkiem kawy obok.
Leżący na stoliku iphone, starszego modelu, zabrzęczał. Kobieta sięgnęła po niego żeby odczytać powiadomienie i zaśmiała się krótko. Wiadomość od Raven, proste zdjęcie, mem opisujący to, jak się czuła dziś na posterunku w Jewell. Podsunęła urządzenie Coltonowi, żeby też zobaczył. Ta cecha zapewne będzie go nie raz w przyszłości irytować lub wzbudzać pewne politowanie. Smutna żaba o imieniu Pepe opatrzona krótkim cytatem była pierwszym z wielu mniej lub bardziej zabawnych obrazków, które miał później, dzięki uprzejmości Chapman zobaczyć.
- Kiedyś... - odłożyła telefon i zapatrzyła się w pusty kominek. - Kiedyś tak, ale pozmieniały się okoliczności i plany. Po śmierci Adeli w ogóle nie myślałam o tym, żeby się wyprowadzić - wychowała się w tym domu, tak samo jak jej mama i dziadkowie. Nie wyobrażała sobie, że miałaby go sprzedać i wyjechać. - O tam - wskazała na przejście pomiędzy holem a pokojem, w którym siedzieli - Raven wybiła sobie ząb. Lewą jedynkę. Biegała, biegała, aż w końcu poślizgnęła się. O, a tam dawno temu tata przewrócił chanukiję. Na podłodze widać ślad po ogniu. Tam, obok kominka stał kiedyś wiklinowy stolik. Gdy miałam dziesięć lat przypadkiem stłukłam pamiątkowy wazon Adeli, który na nim stał. Raven wzięła całą winę na siebie. Miała tygodniowy szlaban, ale nie pozwoliła mi się przyznać. Poręcz schodów w holu do dziś się trochę kołysze, ponieważ próbowała po niej zjeżdżać. Ja kilka razy też - zbłądziła gdzieś we wspomnieniach z dzieciństwa. Nagle zdała sobie sprawę z tego, jak mocno przywiązała się do tego miejsca. - Zawsze pomagałam ciotce przy obiedzie. Pamiętam ten zapach... - uśmiechnęła się lekko przymykając na chwilę powieki. Wyprowadzka do Astorii? Tylko pod warunkiem, że będzie mogła wrócić tutaj, chociażby w odwiedziny. Adeli jednak już nie było. – Przepraszam, strasznie się rozgadałam. Tak, chodź.
Pokiwała głową i wstała z kanapy i wzięła papieros, który odłożyła na stolik. Zabrała ze sobą także koc, który narzuciła na siebie niczym płaszcz w taki sposób, że krawędź materiału opadła na czubek jej głowy. Kot uniósł łysą głowę i powiódł za nimi niezadowolonym spojrzeniem. Wyszli kuchennym wyjściem na niewielką tylną werandę, która prowadziła do ogródka. Niewiele różnił się od zaniedbanego przodu domu. Przy oknie stała stara, drewniana, ogrodowa huśtawka.
- Jasne, że wpadnę. Wziąłeś zapalniczkę, prawda? – usiadła na niej. Drewno zaskrzypiało cicho pod ciężarem kobiety, ale nic nie wskazywało na to, że huśtawka miałaby się zarwać. Mógł bez obaw się dosiąść.







Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Colton Wolfe
WIEK : 35 lat
PRACA : agent federalny
PD : 47
Re: Salon ψ 26/2/2019, 12:49
Jessie nie była już dzieckiem; Colton też nie był tym dziwakiem, który dobił psa łopatą, o czym miał zresztą z jakiegoś powodu nadzieję, że nigdy nie usłyszała. Coś, co wydawało się wydarzyć raptem wczoraj, było już odległe o długie lata, które powinny przynieść zapomnienie, a jednak tak się nie działo. Wspomnienia tkwiły jak drzazgi. Paradoksalnie obiecał sobie, że już nigdy nie pozwoli sobie na podobne odczucia, tymczasem nie miał pojęcia, że właśnie wszedł beztrosko w pewną pułapkę. Najpewniej kiedy zda sobie z tego sprawę, będzie już stanowczo za późno, żeby się z niej wyplątać. Teraz jednak zaczął się tam wygodnie mościć, nieświadom skutków. Na razie był tylko obserwatorem, pozornie niezaangażowanym; odwzajemnił uśmiech Jessie bardziej dlatego, że to ona się uśmiechnęła, aniżeli z żartu na ekranie telefonu, którego w zasadzie nie zrozumiał. Miała ładny uśmiech, zaraźliwy. Może dlatego, że wydawało się, że tak rzadko się śmieje. Nie był na bieżąco z trendami internetu, ale zdawał sobie przy tym sprawę, że nie jest to coś, czym koniecznie należy się chwalić w towarzystwie. Najpewniej doceni zatem doedukowanie go na tym polu przez Jessie.
Słuchał jej uważnie. Zaangażowanie, z jakim opowiadała mu o tych wszystkich rzeczach było w jakiś sposób ujmujące, a jednocześnie wyczytał między wierszami to, czego nie powiedziała. Tęskniła za tamtymi czasami. Nie wyprowadziła się dokładnie z tego samego powodu, z którego on uciekł. Jego wspomnienia były balastem ciągnącym na dno, a w jej przypadku siłą napędową. Zazdrościł jej tego trochę. Miała coś, o czym on nawet nie marzył. Jak wyglądałaby analogiczna wypowiedź w jego przypadku? Tam ojciec wybił mi ząb, a tam matka udawała, że tego nie widzi? Odrzucił te myśli jednak szybciej, niż pozwolił im się rozwinąć. Nie był już ofiarą, a stałe wałkowanie tematu minionych dni, które zdarzało mu się od przyjazdu tutaj, niepotrzebnie kumulowało wszystkie te paskudne emocje, których przecież podobno się już wyzbył.
Musiałyście być blisko — zauważył jedynie, w kwestii relacji Jessie i Raven. Sam rodzeństwa nie miał, więc nie mógł wiedzieć, jak to jest. Najbliżej takiej relacji był chyba z Davidem, przynajmniej do pewnego momentu. Rodzeństwu chyba drogi aż tak się nie rozchodziły, jak to miało miejsce w ich przypadku. Nie był pewien, czy to zanurzenie we wspomnieniach dobrze Jessie robi, ale i nie oceniał. To, że całkowicie odcięcie się od przeszłości, jaka by ona nie była, sprawdziło się w jego przypadku, nie oznaczało, że z innymi mogło być podobnie. Nie miał porównania, więc ciężko było cokolwiek powiedzieć na pewno.
Nie przepraszaj. Zazdroszczę — odparł krótko, nie wdając się jednak w szczegóły. Najpewniej zasady dobrego wychowania sugerowałyby teraz, że i on powinien się podzielić z nią podobnymi wspomnieniami, ale z oczywistych dla samego siebie względów wolał tego nie robić. Całe Jewell wierzyło w to, że ich rodzina nie miała sobie nic do zarzucenia i niech tak zostanie. — Łatwo mi mówić wyprowadź się, mnie tu nic nie trzymało — wzruszył lekko ramionami. Brent wyjechała, Harper wyjechała... I tak był to przejaw zaskakującego otwarcia jak na jego możliwości, a i Jessie nie powinna tego brać do siebie.
Colton narzucił marynarkę i poszedł za kobietą, rozglądając się po drodze. Kiedy znaleźli się na zewnątrz, odetchnął świeżym powietrzem. Jeśli czegokolwiek brakowało mu w większych miastach, to chyba właśnie możliwości wyjścia w każdej chwili do ogródka, niezależnie od tego, jak bardzo zaniedbany by nie był. Widoki o tej porze roku nie były zachęcające. Wszechobecna szarość, wilgoć i lekka mgła spowiły Jewell szczelną pierzyną. Usiadł na ławce obok brunetki, a ta skrzypnęła po raz drugi. Włożył sobie do ust papieros, a odczekawszy, aż zrobi to również rozmówczyni, wyjął zapalniczkę benzynową. Spędził tu dzisiaj znacznie więcej czasu, niż zamierzał.
Przeziębisz się — zauważył, krytycznie spoglądając na koc, którym była owinięta. Mimo to uśmiechnął się półgębkiem. Zapalił jej papieros, jeśli go podsunęła, później dopiero odpalił swój. Zaciągnął się. Ostatnio stosunkowo często zdarzało mu się sięgać po papierosy i nie było to bynajmniej nic dobrego. Przyjdzie czas, że będzie trzeba w końcu przestać.







dziennik

beware the rain, beware the snow.
Beware the man you think you know.
Powrót do góry Go down
Jessie Chapman
Salon Tumblr_paxzxb5GmM1uv9281o6_250
WIEK : 27
PRACA : pielęgniarka
PD : 173
SKĄD : Jewell
Re: Salon ψ 26/2/2019, 23:42
Dom był pełen wspomnień. W przeliczeniu czasowym zdecydowanie więcej było tych szczęśliwych. Nie chciała wracać myślami do ostatnich trzech lat, chociaż tak naprawdę przez cały ten czas nimi żyła. Stamtąd zabrała mnie karetka, mogłaby dodać, jednak myśl o tym w ogóle nie przyszła jej do głowy. To prawda, rzeczywiście tęskniła do beztroskich chwil z czasów dzieciństwa. Do czasów, gdy jeszcze nie wiedziała jak działa świat ani jakie jest życie.
W swojej pracy niejednokrotnie spotykała się z ofiarami przemocy domowej. Ten ułamek pacjentów był coroczną normą, tak jak pacjenci z poskręcanymi kostkami zimą. Zwykle kobiety i dzieci, niektóre można było rozpoznać od razu, inne dobrze ukrywały co się stało. Jako personel szpitala mieli związane ręce- mało która z takich osób pozwalała sobie pomóc. Jessie przypuszczała, że mogłaby takie wymienić na palcach jednej ręki. Nie myślała o nich dużo – inaczej nie mogłaby w nocy spać.
- Cały czas jesteśmy - skinęła głową. Nawet gdy Raven się wyprowadziła pozostawały w stałym kontakcie. Widywały się, rozmawiały codziennie. Ta jedna rzecz się przez wszystkie lata nie zmieniła. Cały czas stały za sobą murem bez względu na wszystko. Paradoksalnie, wielu rzeczy sobie nie mówiły, jakby chcąc oszczędzić sobie wzajemnie zmartwień.
Chłodny powiew wiatru musnął jej twarz. Gdy Colton usiadł obok poprawiła koc, którym była owinięta. Ogród za domem nie wyglądał dobrze, a o tej porze roku prezentował się jeszcze gorzej. Przed drobnymi kroplami deszczu chronił ich skośny dach zbity nad werandą. Latem to miejsce mogło wydawać się wbrew pozorom naprawdę przytulne. Chapman lubiła spędzać tu letnie wieczory mając za towarzyszy kilka świeczek w szklankach, herbatę z mocną, alkoholową wkładką i niepomalowane sztachety w płocie. Adonis nie przepadał za wycieczkami poza obręb czterech ścian domu.
- Czasami tak bywa - zupełnie nie wzięła jego słów do siebie. Nie każdy musiał mieć powody, by tu zostać. Szczególnie, że większość młodych ludzi wynosiła się z Jewell jak najdalej. Może małe, senne i szare miasteczko go przytłaczało? Może wyjechał za miłością swojego licealnego życia? Może postanowił postąpić tak, jak jego przyjaciele? Nie wnikała w to. W tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia.
- Nie przeziębię. Ten koc jest cieplejszy od twojej marynarki - szturchnęła go ramieniem w ramię a po chwili przysunęła nieco, żeby odpalił jej papieros. – Jestem pod nim świątynią ciepła – dopiero po chwili dotarło do niej jak mogło to zabrzmieć i zaśmiała się.
Rozmawiali ze sobą jeszcze długo. Luźno, na niezobowiązujące tematy, których nagle namnożyło się więcej niż oboje mogli przypuszczać. Ani się obejrzeli a zastał ich wieczór. Za oknami było ciemno a ulice oświetlały jedynie stare latarnie. Tym razem wymienili się numerami telefonów, by uniknąć niezapowiedzianych wizyt.
Gdy wyszedł, odprowadziła go wzrokiem aż wsiadł do samochodu. Dopiero wtedy zamknęła drzwi, o które będąc z powrotem w holu oparła się plecami. Stała tak przez krótką chwilę uśmiechając się lekko do siebie. Zagryzła dolną wargę, podrapała po głowie i poszła zabrać puste kubki po kawie do kuchni. Nie przypuszczała, że jest już tak późno.

Zt.






Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach, Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy, Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry Strona 1 z 1
Skocz do: