Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Pokój dzienny
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Pokój dzienny ψ Czw Sty 10, 2019 2:33 pm

Pokój dzienny
⇜ ograniczona ⇝


Zdjęcie poglądowe; zazwyczaj wewnątrz panuje spory nieład, ze względu na to, że Arthur wpada tu zwykle tylko na chwilę. Jeśli chodzi o umeblowanie i wszelkie dekoracje, mieszkanie stoi właściwie tak, jak je kupił. Nie jest obdarzony zbyt silnym gestem dekoratora. Zabezpieczył jednak lokal po swojemu. Pod ogromnym, nieco poplamionym już dywanem, kryje się symbol diabelskiej pułapki, podobny znajduje się pod dywanem w przedpokoju. W progi i parapety wmontował żelazne pręty, które może nie wyglądają zbyt pięknie, ale z pewnością są w jakimś stopniu skuteczne. Prócz tego ciężko dopatrzeć się tutaj obecności łowcy. Wszystko ma skrzętnie ukryte, chociaż czasem z głowy wypadnie schować jakąś książkę czy notatki. Makulatura wala się wszędzie, zajmuje stoły, fotele i sofę.
⇜ code by bat'phanie ⇝







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 30
PRACA : Instruktorka jogi
PD : 93
SKĄD : Teksas
Re: Pokój dzienny ψ Czw Sty 10, 2019 5:13 pm
{początek}


Znali się od lat. Listy jakie do siebie pisywali pozostawały w sercu i pamięci Isabelli. Pewnego razu wysłała Arturowi zapisany do ostatniej kartki zeszyt. Opisywała codzienność, plany i młodzieńcze rozterki. Dzięki temu wypracowała sobie ładne, czytelne pismo. Przemierzała Montanę, gdy skontaktował się z nią Sullivan Crain. Nie wiedziała co ma sądzić o propozycji jaką wysunął. Dlatego skontaktowała się z Arthurem, pamiętając o jego nowym miejscu zamieszkania. W Oregonie nie bywała często. Właściwie to z trzy, cztery razy i nigdy nie była to Astoria. Zapowiedziała swoją wizytę za tydzień ale niespodziewanie dla samej siebie uwinęła się z milami szybciej niż przewidywała. Męski głos w GPS instruował o dokładnej trasie. Jim wytknął łeb za okno. Odkąd go przygarnęła, nie opuszczał jej na krok. Zabierała psa w każdą podróż. Zaparkowała przed budynkiem. Niedługo potem w mieszkaniu Carstairsa rozbrzmiał dzwonek. Isabella poprawiła sportową torbę na ramieniu. Miała na sobie czarne, obcisłe spodnie, kusy top i skórzaną kurtkę z bandanką we wzorze teksańskiej flagi. Ciemne włosy nastroszyły się od wilgoci, a mocny makijaż nieznacznie rozmazał pod oczami.
— Arthurrrr! — wykrzyknęła, gdy Carstairs otworzył drzwi. Jim zwinnie ominął plątaninę nóg, gdy Isabella rzuciła się wyściskać mężczyznę. Zostawiła na jego policzku idealne odbicie bordowej szminki.
— Poznaj Jima —  dodała z naturalnym dla siebie wdziękiem. Nigdy się nie peszyła, ani tym bardziej nie wyglądała na zakłopotaną niespodziewaną wizytą. Arthur przez lata powinien zdążyć przywyknąć do otwartości jaką prezentowała Isabella.
— Na dole w aucie czeka skrzyneczka sorgo — mrugnęła figlarnie. Jim wyruszył na niuchanie wszystkich kątów. Merdał ogonem, a na jakąkolwiek uwagę ze strony gospodarza reagował chwilowym zainteresowaniem.
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Re: Pokój dzienny ψ Czw Sty 10, 2019 7:19 pm
[08.11.18]
___________________________________

Telefon od Isy mile go zaskoczył. Widywali się, teraz już rzadziej, zresztą ze względu na prowadzony tryb życia ciężko było spodziewać się czegoś innego. Listy od de Garay zapewne leżały jeszcze gdzieś w rodzinnym domu, czytane po kilka razy i sumiennie odkładane na stosik. Sentyment jednak został, o ile w ich fachu coś podobnego w ogóle miało rację bytu. A może właśnie tym bardziej miało? Było ich już tak niewielu, że każdy łowca był jak rodzina. Zapytany mniej więcej o sytuację w Astorii, odpowiadał dosyć szczerze; sam dał się złapać w sidła tego miasta, wkręcić w machinę. Rzadko bywał w domu, więc tak na dobrą sprawę kwestią cudu było, że Isabelli akurat udało się na niego trafić.
Nie spodziewał się jej zatem akurat dzisiaj. Za punkt honoru biorąc sobie ogarnięcie mieszkania, zanim de Garay się w nim pojawi, tym się właśnie aktualnie zajmował, bezskutecznie przenosząc sterty notatek z miejsca na miejsce, z żadnymi nie mogąc się rozstać. Wszystkie wydawały się jednakowo ważne. Sprawozdania ze spraw, notatki, pytania, rozważania, kreślone w pośpiechu symbole - innymi słowy, wszystkiego po trochu. Pukanie do drzwi wybiło go z rytmu. Spojrzał na wejście, zastanawiając się, kogo niesie. Gdy je otwarł, zdziwił się zatem niezmiernie, gdy właściwie wpadła mu w ręce de Garay. Ubrana tak skąpo, jak zwykle.
- Isa - uśmiechnął się szeroko, zamykając w niedźwiedzim uścisku. Zarost Artha mógł ją nieco podrapać. Świeżo po prysznicu, wciąż miał wilgotne włosy. Wpuścił do środka obu przybyszy, schylając się, żeby pogładzić łeb psa i starając się ogarnąć jakoś tę burzę energii, która właśnie wtargnęła mu do domu. - Jak zawsze na czas - dodał, choć wyraźnie w formie żartu. Cieszył się, że ją widzi, nie mogło tego zmienić nawet to, że gdy Jim wparował w salon i zaczął wszędzie węszyć, zrzucił kilka stosów papierzysk na podłogę. Właściwie to mu chyba ułatwi podjęcie decyzji, co wywalić.
- Wspaniale. Ja powiem lepiej. Na górze, w szafie, czeka skrzyneczka broni do czyszczenia - rzucił, parskając śmiechem. Niemniej, koniec końców skoczył po skrzyneczkę sorgo i wniósł ją na górę, bo dobrym samogonem przecież nie pogardzi. Zostawił więc Isę na tę kilka minut - mogła się rozgościć do woli. Wróciwszy postawił skrzynkę w ciasnym przedpokoju i zawędrował gdziekolwiek ulokowała się Isabella.
- Wybacz ten chaos, chciałem ogarnąć, słowo, ale... - urwał, patrząc na nią znacząco, choć krzywy uśmiech wskazywał, że bynajmniej nie jest mu szczególnie przykro. Powinna raczej przywyknąć do tego, że często otaczał go nieład. Co zabawne, tylko w mieszkaniu. Broń miał zawsze uporządkowaną. Tym też miał się dzisiaj zająć, ale plany najwyraźniej uległy małym zmianom.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 30
PRACA : Instruktorka jogi
PD : 93
SKĄD : Teksas
Re: Pokój dzienny ψ Czw Sty 10, 2019 9:32 pm
Łowców względem tego ilu ich było dawniej, a teraz istotnie dało się odczuć różnicę. Wierząc oczywiście opowieściom. Być może przez fakt dorastania w licznej rodzinie, Isabella inaczej podchodziła do zmartwienia jakie trapiło Carstairsa. Nie ulegało jednak wątpliwości, że musieli dbać o siebie. Czasami można było odnieść wrażenie, że aż za bardzo łaknęli tej bliskości. Tak jak podczas spotkań w podróży, gdy dochodziło do zbliżeń. Isabelli przychodziło to naturalnie. Za każdym razem ceniła sobie przejście nad tym do dnia codziennego. Obywało się bez obietnic i łez, a choć Arthura bardzo lubiła to milczenie ją satysfakcjonowało. Oboje wynosili z tego korzyści.
— Zmężniałeś od naszego ostatniego razu — oceniła go powierzchownie. Mówiła z typowym dla siebie akcentem z południa. Niegdyś powód do wstydu, teraz zupełnie się nie przejmowała.
— O widzisz, czyli przybyłam w samą porę żeby zadbać o twoją broń — wyszczerzyła się w wesołym uśmiechu. W przeciwieństwie do Arthura, jej broń konserwowało się inaczej. Potrafiła posługiwać się pistoletami ale na polowania zabierała łuk lub kuszę, o ile miały rację bytu. Kiedy pan domu pognał po skrzyneczkę alkoholu, Isabella zdjęła buty i kurtkę. Rozwaliła się na kanapie na którą zaraz wskoczył Jim. Sięgnęła po losowe notatki, próbując rozszyfrować ich treść. Spojrzała znad kartki na Arthura.
— Właśnie widzę, zgaduję że papiery z ławy leżały wcześniej na moim obecnym miejscu? — zapytała. — Ładnie się urządziłeś choć wyczuwam lokum przejściowe. Dziękuję, że będę mogła się tu zatrzymać na kilka dni. Chcę rozejrzeć się po mieście, porozmawiam z Crainem i Astorem. Jak mój pobyt się wydłuży to poszukam motelu — nie chciała narzucać się Arthurowi w gościnę, na dodatek z psem.
— Zamawiamy jakieś żarcie?
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Re: Pokój dzienny ψ Pią Sty 11, 2019 5:04 pm
Arthur pamiętał, że w czasach gdy jego ojciec jeszcze próbował reaktywować bractwo, łowców było znacznie więcej, niż teraz. A może po prostu z różnych względów postanowili się ukryć? Nie wnikał w to, choć miał nadzieję, że nie. Irytowało go podejmowanie decyzji o zrezygnowaniu z polowań. Jasne, każdy chciał być bezpieczny. Ale tak naprawdę nikt wówczas nie był - licho nie spało, a łowców było coraz mniej. Uważał to więc za pewną nieścisłość w ich rozumowaniu, ale postanowił robić swoje i nie oglądać się na innych. Poza tym jego ojciec stanowił doskonały przykład na to, że dało się wycofać z polowania, ale wciąż stanowić skarbnicę wiedzy, do której każdy łowca może się zwrócić o pomoc. Tym bardziej nie rozumiał całkowitego odcinania się od tego, do czego powołano ich na świat.
Celowo unikał przywiązywania się do ludzi. Wcale nie z jakichś banalnych, sentymentalnych względów, po prostu z własnej wygody. Za bardzo obrazowo miał w pamięci lata związku z Riley. Stała konieczność łgania jej w żywe oczy bynajmniej nie była dla niego komfortowa. Pewnie dlatego tak sobie cenił okazyjne spotkania z Isą. Nikt tutaj nikogo nie musiał okłamywać, oboje wiedzieli, na czym stoją. Obywało się bez większych dramatów.
- Ty się za to ani trochę nie zmieniłaś - stwierdził uśmiechając się półgębkiem.
- Leżały tu, tu i tam. Szczerze? Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami. Usiadł na podłokietniku jednego z foteli, jakby nie chciał przeszkadzać leżącej tam makulaturze. - Rzadko tu bywam. Zostań ile chcesz. Jak akurat mam służbę, to i tak mieszkanie stoi puste - machnął ręką. Znała go na tyle by wiedzieć, że to nie nieszczera grzeczność. Komu jak komu, ale przyjaciołom pomagał zawsze, niezależnie od tego, o co by nie chodziło.
- Skąd go wytrzasnęłaś? - Zapytał, brodą wskazując na psa. Odchylił się do tyłu i splótł ręce za karkiem, uśmiechając się kącikiem ust widząc, z jakim zaangażowaniem Jim obwąchuje wszystko wkoło. Spore psisko. Sam żałował, że tak rzadko bywał w domu, bo i sprawiłby sobie podobnego. - O ile nie zmusisz mnie do jedzenia zdrowych rzeczy - rzucił zaczepnie, odnajdując spojrzenie Isabelli swoim i wstał zamaszyście, sięgając po telefon i ulotki kilku restauracji. Decyzję odnośnie wyboru lokalu pozostawił Isabelli, zupełnie jakby dawał do zrozumienia, że łowczyni jest u siebie. W czasie, gdy de Garay zamówiła cokolwiek uznała za słuszne, Arthur przywlókł z sypialni skrzynię, z kilkoma egzemplarzami broni palnej. Nie ruszał tego jednak jeszcze, zamiast tego znikając w kuchni i nalewając do miski wody. Postawił na ziemi, na wypadek gdyby i Jim chciał się napić.
- Cóż takiego powiedział Crain, że cię tu ściągnął? - Zapytał po chwili, wracając z powrotem do salonu. Wpakował papiery leżące na stole do wora stwierdzając, że zajmie się tym później. Na blacie chciał zrobić miejsce dla broni.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 30
PRACA : Instruktorka jogi
PD : 93
SKĄD : Teksas
Re: Pokój dzienny ψ Nie Sty 13, 2019 11:30 pm
Podziwiała go za tą wyrobioną umiejętność unikania sideł jakie pojawiały się wraz z poznawaniem ludzi. On miał swoją Riley, a ona niezliczoną ilość okazji do bycia szczęśliwą. Tajemnica jaką skrywała oraz poczucie obowiązku uniemożliwiały nawiązania zdrowej relacji. Prędzej czy później dochodziło do tego momentu, gdy druga osoba chciała więcej i więcej. Brak bliskości rekompensowała sobie przelotnymi znajomościami. Tak było bezpieczniej dla wszystkich. Nie wiedziała co będzie robić za dziesięć lat, ani za dwadzieścia. Prawdopodobnie poświęci się dla ratowania innych. Ciężko było wyobrazić się w objęciach męża i gromadki dzieci.
— Że też tak ryzykujesz życie w obu profesjach — podziwiała Arthura za dodatkowe ryzyko jakiego się podejmował w pracy strażaka. Jakby walka z stworami i demonami nie wystarczała w dostarczaniu adrenaliny.
— Jima? — zerknęła na psa — Jego właściciela zabiła banshee. Wykonywałam zadanie w Nebrasce, za późno dotarłam na miejsce ale pokonałam to irlandzkie straszydło. Od tamtej pory Jim wszędzie mi towarzyszy. Też byś zainwestował w zwierzątko. Na pewno urocza sąsiadka dokarmiałaby twoje rybki albo chomika — uśmiechnęła się do niego. — To, że zostałam instruktorką jogi nie oznacza, że wcinam jarmuż. — złapała kilka kartek, zmięła w kulkę i rzuciła nią w strażaka.
Poprawiła się na kanapie, siadając prosto. Przejrzała ulotki i tylko parsknęła, gdy podjęcie decyzji spadło na jej delikatne ramiona. Zdecydowała się na tradycyjne burgery z frytkami. Z ciekawością zerknęła na skrzynię.
Nie odpowiedziała od razu na pytanie. Podniosła wzrok na Carstairsa.
— Obiecał mi swojego colta z którego zabił yeti w 1952... Żartuję. Powołał się na honor de Garay — parsknęła i zaraz spoważniała — Dałam się złapać na to całe... "weź mi potrzymaj piwo" i tak dalej. Poprosił o pomoc. Zadzwoniłam do ciebie i oto jestem. Co o tym sądzisz Artie?
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Re: Pokój dzienny ψ Pon Sty 14, 2019 11:29 am
Pewnie mocno by się zdziwił wiedząc, że ktokolwiek jest w stanie podziwiać go za coś, co było przecież swoistą ucieczką przed odpowiedzialnością. Prawda była taka, że sam podziwiał, ale tych łowców, którzy fach potrafili łączyć (lepiej lub gorzej) z posiadaniem rodziny. Sam jednak, podobnie jak de Garay, nie widział siebie w takiej roli. Zresztą doskonale wiedział, że w tej sytuacji nie ma dobrych wyborów, a ten, którego sam dokonał był bezpieczniejszy. Nie musiał nikogo oszukiwać, jakie są jego priorytety. Nie musiał gorączkowo wybierać pomiędzy jednym a drugim, znał zresztą zakończenie takich historii.
- Nie wyobrażam sobie siedzenia za biurkiem - wzruszył ramionami. Nie było w tym fałszywej skromności, z jego słów płynęła prosta prawda. Lubił adrenalinę i lubił ryzyko, choć to drugie akurat nie było cechą specjalnie wśród łowców pożądaną. Wszystko zależało od sprawy. Kiedy był za kogoś odpowiedzialny, brawura schodziła gdzieś na bok, ale i tak miał irytującą manierę stawiania dobra wszystkich wkoło ponad własne. Nawet jeżeli nie było to zgodne z procedurami. Strażackimi, rzecz jasna, bo gdyby i łowcy mieli jakieś, prawdopodobnie byłoby ich jeszcze mniej.
- Biorąc pod uwagę mój tryb życia, nawet rybki by mnie znienawidziły - parsknął. - Efekt byłby taki, że urocza sąsiadka mogłaby je sobie wziąć na stałe. Swoją drogą, to naprawdę czarująca kobieta. Ostatnio postraszyła że wezwie policję, bo pralka za głośno chodzi - opowiedziawszy anegdotę, schylił się do skrzyni i wyjął kilka pistoletów, układając je na blacie. Broń była zdecydowanie bardziej zadbana, niż organizacja notatek, ale przydałoby jej się czyszczenie. - Jarmuż? Po jakiemu to? - Zapytał kąśliwie, po czym uchylił się przed papierowym pociskiem.
- W 1952? Sully jest taki stary? - Zapytał, unosząc brwi w udawanym zdziwieniu podchwytując żart, po czym uśmiechnął się półgębkiem. - Nie wiem. Już kiedy przyjechałem tu te cztery lata temu, wszystko wydawało się jakieś zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Chociaż może po Maryland wszystko byłoby piękne, nie wiem... Pokopałem trochę w historii Astorii. Niby nic, jakieś głupie plotki o założycielu i konszachtach z demonami, traktowane z przymrużeniem oka. Ale nic złego się nie działo, do czasu kiedy przed kilkoma dniami statek towarowy poszedł na dno. Kupa ludzi zaginiona, znaleźli jakieś poogryzane zwłoki. Na początku mówili, że to lew morski, którego bracia urządzili sobie zwierzęcą wersję Alive, dramat w Andach. Nawet nas tam wezwali do posprzątania. Potem się okazało, że to był jednak człowiek. A ślady zębów nie wyglądały na takie zrobione przez lwy - dodał, sięgając po jeden z egzemplarzy broni i rozkładając go na części pierwsze, spojrzał na Isę.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 30
PRACA : Instruktorka jogi
PD : 93
SKĄD : Teksas
Re: Pokój dzienny ψ Wto Sty 15, 2019 6:20 pm
— Profesor Carstairs brzmi jak marzenie każdej studentki — parsknęła. Siebie również nie widziała za biurkiem, ani w domu. Bez sensownego zajęcia umierała od środka. Rodzina to rozumiała, dlatego mogła robić to co robiła. Zmierzwiła włosy, przeczesując ciemne strąki palcami. Słuchając zapewnień jak to sąsiadka odbiegała od wyobrażeń de Garay, uśmiechała się tylko i nie dodawała już nic w tym temacie.
— Jak to "jakieś zbyt piękne"? Przejeżdżałam przez miasto i w sumie nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Sporo nowoczesnego zabudowania jak na miasto w Oregonie, które nie jest Portland.
Nie wiem czy doszukiwałabym się tutaj czegoś dziwnego, nawet jeśli ciała wyrzucone na brzeg były pogryzione. Mało to w wodzie ryb, rekinów i... —
zamachała rękoma nie chcąc palnąć o krakenie.
Wstała i sięgnęła po jeden z rewolwerów. Przysiadła na kolanach przy stoliku zabierając się za rozkładanie.
— Nauczyłam się, żeby nie szukać wszędzie oznak bytu nadnaturalnego. Szłoby w końcu popaść w totalną paranoję — skwitowała — Statki nie od dziś toną, a ludzie giną. Nic na to nie poradzimy. Nie rozdwoimy się żeby być wszędzie tam gdzie nas potrzebują. Poczytam sobie o Astorii. Astorowie jeszcze tu mieszkają? Mieszkać w mieście nazwanym na twoją cześć, to dopiero, co nie? Sullivan mówił coś o swoim wnuku i Durhamie... Chyba będzie chciał zorganizować spotkanie. Potem skonsultuję to z ojcem i braćmi. — sięgnęła po preparat żeby natrzeć lufę. Damskie palce sprawnie śmigały odejmując kolejne części. Nie musiała nawet patrzeć.
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Re: Pokój dzienny ψ Wto Sty 15, 2019 6:53 pm
Pozornie skupiał się na broni, choć tak naprawdę ważył słowa de Garay. Pewnie miała sporo racji. Pod względem pracy dosyć często okazywał się paranoikiem, ale wynikało to głównie z faktu, że tak go wychowano. Musisz mieć 100% pewności, że coś jest całkowicie nieszkodliwe, Arthur mawiał jego ojciec, a chłopak wziął sobie jego słowa do serca i zwykle bezwstydnie drążył wszystko to, co nawet na pierwszy rzut oka wydawało zwyczajne.
- Strasznie szybko się rozwinęło. I rozwija nadal. Ale może masz rację - wzruszył lekko ramionami, drapiąc się po zarośniętym policzku. Zostawił sobie na skórze smugę preparatu do czyszczenia. - W każdym razie w pobliżu roboty nie brakuje. W oregońskich lasach siedzi niezłe licho - uśmiechnął się odrobinę za szeroko, by uznać to w tej chwili za przejaw rozsądku. Zupełnie jakby cieszył się na myśl o ustrzelonych wendigo.
- I tak to sprawdzę, znasz mnie - uśmiechnął się szelmowsko. Złożył wyczyszczony egzemplarz i sięgnął po kolejny. Piękny colt wydawał się w tej kolekcji najstarszym okazem, który otrzymał od ojca. - Mieszkają. To znaczy, jeden Astor i jego ojciec, jeśli się nie mylę. Ten drugi, Thomas rzadko o tym gada, to i nie dopytuję. Wpadam czasem do niego i jego żony na obiad, do Jewell. To taka wiocha oddalona o jakieś czterdzieści minut drogi. Powinnaś poznać jego dzieciaka - z namaszczeniem wypolerował rękojeść broni, jak gdyby nigdy nic opowiadając Isie o wnuku Sullivana. Jego ręce działały automatycznie, tak ich już wychowano. Nikogo to nie dziwiło. Arthur zerknął, jak miewa się Jim i podłożył colta pod światło, jakby sprawdzał, czy jest dostatecznie czysty. Uwielbiał tego gnata, choć w dobie obecnej broni nie był zbyt praktyczny.
- Skoro Sully chce zorganizować spotkanie, to coś się pewnie kroi - zmarszczył brwi, przerywając czyszczenie. Wbił wzrok w kobietę. Nie, żeby sprawdzał, jak obchodzi się z bronią, bo pod tym względem zawierzyłby jej własne życie.







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 30
PRACA : Instruktorka jogi
PD : 93
SKĄD : Teksas
Re: Pokój dzienny ψ Sro Sty 16, 2019 10:24 pm
— Niezłe licho, a ja się włóczyłam po wioskach w totalnej dziczy? Prosisz się o manto, Carstairs — pokręciła głową patrząc na niego z naganą. Żartowała bo przecież zajęcia łowcom nigdy nie będzie brakowało. Wydawało się, że pomimo starań Ameryka obfitowała w relikty dawnych wierzeń. Wendigo, podmieńce, strzygi i inne stwory, które żywiły się ludzkim nieszczęściem lub dosłownie ludźmi.
— Ah, rodzinne scysje — mruknęła ze zrozumieniem. Słyszało się to i owo, choć w pamięci miała blaknące wspomnienie niezadowolenia własnego dziadka, który wydał krytyczny osąd na Astorze za zaniechanie dalszej profesji. Dla poczciwego staruszka był to akt tchórzostwa za który inni poniosą konsekwencje. Isabella wolała o tym nie myśleć. Co za dużo to niezdrowo.
— Dlaczego mam według ciebie poznać jego dzieciaka, a nie, nie wiem brata? Kolegę? — zmrużyła oczy, przestając czyścić szmatką lufę. — Rozmawiałeś z moją matką czy właśnie przemówiła przez ciebie szowinistyczna świnia w kagańcu, która jest święcie przekonana, że mój zegar biologiczny tyka i jak się nie opamiętam to będzie już za późno na śliniącego, śmierdzącego bobasa? — tym razem nie żartowała, gotowa którąś częścią rzucić w Arthura. Temat rodziny i dzieci pojawiał się za każdym razem w rozmowach z Marią de Garay. Martwiła się o jedyną córkę i nie można było mieć jej tego za złe. Matki zawsze chciały jak najlepiej dla swoich dzieci.
— Kroi nie kroi, zobaczymy. Na razie mogę zostać w tych okolicach. Jednak jak nic się nie wydarzy to wrócę do swoich. Tu jest wiecznie zimno i deszczowo, a Teksas... Sam wiesz — wzruszyła ramionami i dokończyła robotę. — Jest tu gdzieś strzelnica łucznicza? — w mieszkaniu przecież nie mogła, w ogródkach było niebezpiecznie. Pozostawał las lub takie wioski jak Jewell.
— Dostałam nowiutkiego Crosman  Wildhorn — dodała z dumą wstając i grzebiąc przez chwilę w podłużnej torbie. Wyjęła z niego łuk bloczkowy.
Powrót do góry Go down
avatar

WIEK : 34 lata
PRACA : Strażak
PD : 95
SKĄD : Astoria
Re: Pokój dzienny ψ Czw Sty 17, 2019 9:54 am
Uśmiechnął się jedynie łobuzersko jakby dawał do zrozumienia, że nie żałuje niczego. Wiedział, że żartowała, sam również nie zostawał zwykle pod tym względem dłużny nikomu. Zupełnie jakby czuł się zobowiązany iść z lekkim podejściem przez życie, bo w połączeniu z polowaniami zbytnia powaga by go chyba zabiła. Czasem bywało to irytujące, zwłaszcza, gdy nie dało się wykrzesać z niego ani krzty ceremonialności, nawet jeżeli wymagała tego sytuacja.
- Gdybym dał ci znać, nic by dla mnie nie zostało - stwierdził z udawanym żalem. Kiedy byli młodsi, a ich kontakt częstszy, zakładali się, kto ustrzeli więcej potworów. Nigdy się nie przyznał, że zawyżył liczbę swoich zwycięstw tu i tam. W dobrej mierze, ma się rozumieć! Bo choć wśród łowców nie było miejsca na podziały ze względu na płeć, mimo to jakaś tam rywalizacja zawsze była obecna.
- Jak u wszystkich - wzruszył lekko ramionami. Z kim by nie rozmawiał, zawsze ktoś miał jakieś rodzinne kłopoty. Tak to już bywało, gdy spora grupa ludzi połączona więzami krwi, miewała odmienne poglądy. Ciężko było tego uniknąć. Niektóre kłótnie były nieszkodliwe, inne wręcz przeciwnie. Nie miał jednak zamiaru wtrącać się w cudze sprawy i dopytywać. Raz, nie był wścibski. Dwa, miał swoje problemy i nie potrzebował cudzych. Natomiast to, co sądził na temat zaniechania polowań... W przypadku Sullivana akurat nie byłby szczególnie surowy. Facet miał swoje lata, a w pewnym wieku polowanie zamiast wspomóc sprawę, mogło ją tylko niepotrzebnie skomplikować. Miał ogromną wiedzę i skoro postanowił się nią dzielić z resztą - Arthur uważał, że postąpił słusznie i rozsądnie.
- Tak, w wolnych chwilach dzwonię sobie do twojej matki i plotkujemy na temat twojej bezdzietności, a co? - Zapytał przekornie, hamując cisnący się na usta śmiech. Grymas, który w końcu odmalował się na jego twarzy jednogłośnie wskazywał, że wybuchem Isy niezbyt się przejął. Akurat zarzucanie mu bycia szowinistyczną świnią w kagańcu (właściwie kaganiec wykluczał jego pyskowanie, więc raczej bez kagańca na nieszczęście de Garay) nie było całkowicie bezpodstawne, ale! Nie w tym przypadku. Sam beztrosko ignorował konieczność przeniesienia swoich bezcennych, szkockich (podobno!) genów na kolejne pokolenie.
- Wiatr we włosach, słońce na twarzy, ryzyko wystąpienia wampirów zerowe... Taak - pokiwał głową, odkładając colta do skrzyni. Sam był przyzwyczajony, od dziecka wychowany z chłodniejszym, deszczowym i mglistym klimacie Waszyngtonu, więc jemu akurat Astoria odpowiadała w stu procentach. - Nic mi o tym nie wiadomo, ale jak wspominałem, lasów dostatek. Jest gdzie ćwiczyć strzelanie. Mogę ci pokazać parę miejsc, wiesz, że lubię wędrować. Znalazłem sporo ustronnych zakątków - wyjaśnił, polerując kolejny egzemplarz, beztrosko ignorując dwuznaczność swojej wypowiedzi. Przerwał, gdy Isabella zaprezentowała łuk.
- Łoł. Święta przyszły w tym roku wcześniej? - Zapytał, wyciągając ręce po broń. Sam zupełnie nie odnajdywał się z podobnymi urządzeniami, ale nie znaczyło to, że nie potrafił docenić dobrze wykonanego, solidnego łuku.
Całe popołudnie i wieczór upłynęły im na rozmowach nad skrzynią z bronią, burgerami, a w końcu i przywiezionym przez Isę sorgo. Jim zadomowił się na dobre i to do stopnia, że Arthur musiał podzielić się z nim kanapą. Niemniej, dobrze było w końcu powitać jakąś znajomą twarz z dawnych czasów.

| z/t x2







dziennik
hear your evil see your evil
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry Strona 1 z 1
Skocz do: