Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Tereny wokół rezydencji
Carpe Diem
Konto Techniczne
Carpe Diem
Tereny wokół rezydencji Kv0xLQPj_o
PD : 306
Tereny wokół rezydencji ψ 11/4/2019, 01:21
[You must be registered and logged in to see this image.]
tereny wokół rezydencji
⇜ dostępna ⇝



Tereny otaczające rezydencję. Całkowicie zalesione. Posiadłość ukryta jest pomiędzy pniami drzew i mgłą, która spowija tutejsze lasy. Choć obszar wokół wydaje się odludny, mimo wszystko jest pilnie obserwowany przez wampiry.

⇜ code by bat'phanie ⇝
Powrót do góry Go down
Domingo Arias
WIEK : 40/222
PRACA : właściciel Surgetech
PD : 40
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 15/4/2019, 23:00
11 listopada 2018 r.
północ

Skontaktował się z Farnese, który swoją zgodą przypieczętował los jednego z wampirów. Mając na podorędziu jednego z lepszych katów, Domingo nie zamierzał zwlekać z wykonaniem wyroku. Dowody były wiążące i ciężko byłoby się wykłamać. Ktoś mógłby mu zarzucić, że się rządzi; ledwo Szeryf zniknął, powierzając mu stanowisko zastępcy, a Arias postanowił zrobić porządki. Liczył się z tym, że komuś mogłoby się to nie spodobać, ale skoro surowe reguły obowiązywały wszystkich, to należało je egzekwować. Santiago otrzymał karę za złamanie reguł i taka sama, choć gorsza, powinna dosięgnąć i kogoś, kto nie tylko porzucił całkowicie powierzone mu zadanie, nie złożył żadnego raportu, ale i dość lekceważąco oznajmił, co sądzi na temat nich wszystkich. Akcja i reakcja - tak miało to funkcjonować. Lada moment mieli mieć do czynienia z Kanclerzem, nie mogli sobie więc pozwolić na potencjalnych zdrajców we własnych szeregach. Pod tym względem wyjątkowo przydatnym okazywał się monitoring, rozmieszczony w rezydencji. Niektóre wampiry nawet nie zdawały sobie sprawy z tego, w jakimś stopniu były obserwowane. Być może gdyby o tym wiedzieli, nieco rozważniej dobieraliby słowa.
Godzina spotkania przypadała na północ. Na miejscu pojawił się pierwszy, w ślad za nim podążało dwóch strażników, prowadzących skazańca. Wyrok dopiero miał zapaść, ale Domingo obstawiał, że oskarżony zdaje sobie sprawę z ciężaru przewinienia, skoro prowadzą go w gęsty las i nie liczy szczególnie na ułaskawienie. Arias miał nadzieję, że d'Aviano nie będzie próbował żadnych sztuczek. Na miejsce, niewielką polanę, dotarli na czas. Nie dostrzegał nigdzie Santiago, ale ten mógł stopić się z otoczeniem ciemności drzew. Gestem dłoni nakazał pozostałym się zatrzymać i zerknął na tarczę zegarka.






[ [You must be registered and logged in to see this link.] ]
[You must be registered and logged in to see this image.]
bury me with my guns on
so when I reach the other side I can show him what it feels like to die
Powrót do góry Go down
Santiago Medoni
Tereny wokół rezydencji PPNqqaTf_o
WIEK : 30 || 133
PRACA : biznesmen
PD : 356
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 17/4/2019, 20:22
Zdziwił się dostając informację, że jest potrzebny jako kat. Jakkolwiek warunkiem objęcia tego stanowiska było lakoniczne sprawdzenie się, najwyraźniej sytuacja przedstawiała się zgoła inaczej, gdy pieczę nad Oregonem przejął Domingo. Złośliwie i w formie żartu Medoni pomyślał, że jednak co znajomości, to znajomości, a nepotyzm szerzy się i tutaj. Poniekąd był rad z tego, że w końcu może zająć się tym, co do niego należy i na czym się znał. Mała ilość szczegółów sprawiała, że nie mógł się jednak należycie przygotować do tego zadania. Uznał wobec tego, że pozostanie jedynie zdać się na instynkt. Jeżeli cokolwiek umiał zrobić dobrze, było to właśnie to, czego oczekiwano od niego tej nocy. I tylko przez chwilę przemknęło mu przez myśl, jak zareagowałaby na to Valentina; zaraz odrzucił jednak tę myśl jako niedorzeczną. Nie powinno go to wszak obchodzić, a sam fakt, że w ogóle przyszło mu to do głowy stanowił znak, że czas najwyższy wziąć się w garść, a poczucie pod pięścią szczęki nieszczęśliwca, na którym przyjdzie mu wykonywać wyrok, mogło mu w tym pomóc. W każdym razie na to właśnie liczył, nie chcąc nawet myśleć co będzie, jeśli nadzieje te okażą się płonne.
Na miejscu pojawił się przed czasem, sprawnie trafiając na polanę skrytą wśród drzew. Ciemności mu służyły. Choć nie należał do wąskiej grupy społecznej, której spacery wśród leśnej głuszy sprawiały przyjemność, odnalazł się w hałasie nocnego życia lasu. Jakkolwiek wydawać by się mogło, że ten pozostaje w ciemnościach całkowicie cichy, stwierdzenie to było dalekie od prawdy. Żył, a wraz z nim drapieżniki nocy; w tym i on sam. Jednak tym razem nie był tu po to, by polować. Był tu, by wymierzyć karę, co zdawało się niemal ironiczne. Najbardziej plugawy ze wszystkich miał stanowić narzędzie w rękach sprawiedliwości; pokrętnej, spisanej ręką Hammurabiego. Oko za oko, ząb za ząb. Nie znał szczegółów, nie potrzebował ich.
I być może właśnie dlatego zdumiał się, gdy dostrzegł cztery sylwetki, z czego tylko dwie dobrze znane. Być może dlatego wytężył wzrok, barkiem opierając się o drzewo. Ręce jak zwykle skryte pod czernią rękawiczek drgały, rwąc się do roboty. Tutaj nie wolno było zabijać, a za okrucieństwo płaciło się wysoko. Tym bardziej niecierpliwie wyczekiwał zadania, zamierzając całą złość przelać na ofiarę. Wtedy jednak dostrzegł, któż najprawdopodobniej ma się nią stać, a na usta wpełzł mu niejednoznaczny uśmiech.
No proszę — rzucił jedynie.






[You must be registered and logged in to see this link.]
I want to rip out your throat with my bare teeth so you may never speak such foul words again
Powrót do góry Go down
Domingo Arias
WIEK : 40/222
PRACA : właściciel Surgetech
PD : 40
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 29/4/2019, 23:05
Medoni wyskoczył z ciemności jak królik z kapelusza, choć chyba żadnego z obecnych nie mógł swoim pojawieniem się zaskoczyć. Wyczuł go szybko, zgadywał że pozostałe trzy wampiry również. Nieprzeniknione ciemności nie wydawały się przeszkodą, doskonale się widzieli. Gestem przywołał dwóch strażników, którzy eskortowali d'Alviano. Obserwował go właściwie bez większych emocji, cała ta sytuacja zresztą nie wzbudzała w nim jakichś gwałtownych sprzeciwów. Chociaż każda para rąk przydałaby się w walce z Torerro, przyzwalanie na zachowanie, jakim popisał się Dante było jak wiązanie sobie sznura.
- Wiesz, dlaczego tu jesteś? - Zapytał krótko, studiując zmanierowaną mimikę Dantego. Nie spodziewał się, by ten okazał skruchę, co zresztą miało odzwierciedlenie w wyprostowanej sylwetce i podniesionej wysoko głowie. Czyżby nie wiedział co go czeka? A może liczył, że znajomość z Santiago uratuje mu skórę? Niezrażony brakiem odpowiedzi, ciągnął swoją wypowiedź.
- Zignorowałeś rozkazy, co doprowadziło do ofiar w śmiertelnikach. Porzuciłeś stanowisko i swojego pobratymca - wymienił spokojnie. Po chwili sięgnął do kieszeni marynarki by wyciągnąć telefon komórkowy. Pogrzebał w nim dosłownie chwilę, by za moment odtworzyć nagranie z kamer z bawialni. Ekran skierował w stronę oskarżonego, tak żeby mógł sobie dokładnie obejrzeć, na własne oczy, głupotę popełnionego błędu. Nie dbam o rasę. Tak powiedział Dante, co mogli teraz wszyscy usłyszeć. Wyraz jego twarzy pozostawał całkowicie obojętny. - Masz coś na swoją obronę? - Zapytał dla dopełnienia formalności. D'Alviano nie wyglądał jednak, jakby miał się tłumaczyć. Duma była zgubną cechą. Zwiesił na chwilę głowę, przygryzając wewnętrzną stronę policzka. Bynajmniej nie ze względu na wyrzuty sumienia z powodu tego, co miało zaraz nastąpić. Skinął na Medoniego.
- Na mocy nadanej mi przez szeryfa skazuję cię za zdradę - oświadczył bez zbędnego przedłużania i patetyczności. Przez najbliższe dni to on miał być tutaj szeryfem i chociaż jego zamiarem nie było nadużywać władzy, bo jej nigdy nie chciał, pewnymi sprawami należało się zająć.






[ [You must be registered and logged in to see this link.] ]
[You must be registered and logged in to see this image.]
bury me with my guns on
so when I reach the other side I can show him what it feels like to die
Powrót do góry Go down
Santiago Medoni
Tereny wokół rezydencji PPNqqaTf_o
WIEK : 30 || 133
PRACA : biznesmen
PD : 356
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 30/4/2019, 18:11
Zbliżył się, unosząc kącik ust w rachitycznym uśmiechu. Kpił, czy faktycznie było mu wesoło? Nie sposób stwierdzić, nie było to zresztą przedmiotem sprawy. Obserwował Dantego, łapiąc z nim kontakt wzrokowy kilka razy. Najwyraźniej d'Alviano nie zamierzał ugiąć karku ze skruchą i to jedno Medoni potrafił uszanować, ale właściwie tylko tyle. Sam oberwał solennie przez to, że starszy wampir nie dopełnił swoich zakichanych obowiązków, więc nie zamierzał nawet obstawać w jego obronie. Prawdę mówiąc, w niczyjej obronie nigdy nie stawał; nie to było jego zadaniem. On jedynie wymierzał karę, gdy sytuacja tego wymagała. Choć wyrzuty sumienia były mu obce, ofiar wyroków nie wpisywał na listę zabitych w pełnym tego słowa znaczeniu. Był jedynie narzędziem. Nie on skazywał ich na śmierć, nie jego grzechem byli. Zresztą, tych miał bez liku. Jeden trup w tę czy we w tę nie robił większej różnicy na splamionej krwią niewinnych duszy.
Przysłuchiwał się słowom Domingo, krzyżując ręce na szerokim torsie. Uplasował się na pozycji gdzieś za jego plecami, zerkając na jego poczynania. Nie widział tego, co pokazał Dantemu na ekranie telefonu komórkowego, ale usłyszał jego głos. Jego jak również Elisabeth. Czy Graves zmartwi się tym, co spotkało jej znajomego? Kawałki układanki wskoczyły na odpowiednie miejsce, już wiedział, po co go tu wezwano. Prawdę mówiąc obstawiał jednak nieszczególnie zmyślne i subtelne tortury, niekoniecznie egzekucję. Czarny wzrok przesuwał się powoli od Ariasa, poprzez skazanego, na strażników. Niemal absurdalnym było to, że jeszcze nie tak dawno sam obawiał się, że skończy podobnie. Czy wówczas to Domingo stanowiłby narzędzie w rękach krwawej sprawiedliwości? Na pewno byłoby mu łatwiej umierać z tą świadomością, niżby wyroku miał dokonać Farnese. Mimo wspólnych celów, wciąż nie potrafił przymknąć oczu i przełknąć porażki, którą okazały się ostatnie lata. Ślepe pokładanie wiary w słowa Luciano opiewające śmierć Valentiny. Z irytacją zauważył, że jego myśli znowu uciekały ku Castellanos. Soy un idiota.
Zbliżył się jeszcze, gdy Domingo dał mu znak. Zdrada. Mocne słowo. Jak nigdy uświadomiło mu, że to co zaplanowali na Przesilenie dokładnie tym miało być i mogli skończyć dokładnie tak, jak skończyć miał Dante. Jego wiekowa krew zrosi ściółkę, a ciało zamieni się w proch. Wkrótce nikt nie będzie o nim pamiętał. Nasuwało to jednak także rozmyślania innego rodzaju. Jeśli im się nie powiedzie, Torrero nie pozwoli im umrzeć szybko. Nie odnajdą litości w szybkim przecięciu nici tkanych przez Mojry. Będą ginąć powoli, prawdopodobnie w najgorszy możliwy sposób. Skrzywił się na tę myśl; głową dając znak, by strażnicy puścili skazańca, obrócił w ręku spory nóż myśliwski. Gdyby nie chciał się babrać, mógłby najpewniej użyć czegoś mniej topornego, ale prawdę mówiąc nigdy specjalnie nie dbał o takie detale.
Powiedziałbym, że to nic osobistego, ale musiałbym zełgać  — rzekł cicho, z nutą kpiny w głosie, przełamując zwyczajowy profesjonalizm, jakim powinien był się w takiej chwili wykazać. Dante nie zamierzał zginać karku, ale osłabiony posrebrzanymi kajdanami niewiele mógł w tej chwili zrobić. Santiago obszedł go dookoła, po czym stanąwszy za jego plecami, złapał za kark i pchnął na kolana mimo mocnego oporu ze strony milczącego d'Alviano. Ostrze noża dotknęło skóry szyi, tuż pod grdyką. Spojrzał beznamiętnie na Ariasa, w oczekiwaniu na ostatni rozkaz. Chciał już, by polała się krew, najlepiej w możliwie jak najbardziej brutalny sposób. Wiedział jednak, że tutaj niespecjalnie może pozwolić sobie na takie fanaberie, był więc gotów to zrobić jak najbardziej humanitarnie, nawet jeżeli niezbyt się to skazanemu należało. Oberwałem przez ciebie, więc teraz Ty oberwiesz.






[You must be registered and logged in to see this link.]
I want to rip out your throat with my bare teeth so you may never speak such foul words again
Powrót do góry Go down
Domingo Arias
WIEK : 40/222
PRACA : właściciel Surgetech
PD : 40
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 30/4/2019, 19:07
Chcąc nie chcąc, też o tym myślał. Zdradę karano najsurowiej, a było bardziej niż pewne, że jeśli plany na przesilenie się nie powiodą, Torrero ich nie oszczędzi. A nawet jeżeli, to tylko po to, by ukarać jeszcze dotkliwiej. Co wymyśli? Będą musieli patrzeć na śmierć tych, którzy byli bliscy? Krwi z ich krwi? To tylko dodawało determinacji. Nie mogli pozwolić sobie na głupie błędy. Nic nie mówił, kiedy Santiago stanął za Dante. Chociaż usłyszał, co wampir powiedział, puścił to mimo uszu. Nie zamierzał oceniać profesjonalizmu Medoniego, a skuteczność. To efekty końcowe się tutaj liczyły.
Dante nie próbował zaprzeczać, poniekąd podpisując wyrok który zapadł już, zanim tutaj przyszli. O ile mógłby wykłamać się za przewinienie związane z porzuceniem stanowiska, tak słowa które padły w bawialni były niedopuszczalne. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, jak posunięta do przodu technologia pozwalała na wyłapywanie takich rzeczy. W rezydencji, w Astorii, wszędzie tam, gdzie sięgały ich macki i informatorzy. Wampirów było za mało, by pozostawić ich bez obserwacji i tylko ci najbardziej zaufani zdawali sobie z tego sprawę. Brak skruchy u wampira był wymowny. Pozostawała kwestia Elisabeth, ale tym nie zamierzał się już dzisiaj zajmować.
- Karą za zdradę jest śmierć, o czym wiedziałbyś, gdybyś jednak z nieco większą uwagą odnosił się do własnych pobratymców - stwierdził beznamiętnie. Włożył dłonie do kieszeni, chowając wpierw telefon. Nie żywił do d'Alviano większego sentymentu, tak po prawdzie nawet zbyt dobrze go nie znał. Dzięki temu tym łatwiej było zarządzić to, co nastąpić musiało.
- Wykonać - zwrócił się do Santiago, a skinąwszy mu głową, niespiesznie ruszył w swoją stronę. - Posprzątajcie potem - rzekł, przechodząc obok strażników, którzy mieli być obecni przy egzekucji. Być może Cosimo zachowałby się inaczej. Być może zadbałby o to, by śmierć była szybka i godna, mimo ciążącego na skazanym wyroku. Ale Domingo nie był taki, jak Farnese. Wychowany twardą ręką Kanclerza, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co będzie to oznaczało, zostawił Santiago wolną rękę. Przechodząc obok Medoniego, klepnął go w ramię, jakby dawał mu do zrozumienia, by zrobił co uważa za słuszne. Potem się oddalił.

| z/t






[ [You must be registered and logged in to see this link.] ]
[You must be registered and logged in to see this image.]
bury me with my guns on
so when I reach the other side I can show him what it feels like to die
Powrót do góry Go down
Santiago Medoni
Tereny wokół rezydencji PPNqqaTf_o
WIEK : 30 || 133
PRACA : biznesmen
PD : 356
Re: Tereny wokół rezydencji ψ 10/5/2019, 13:46
Kredyt zaufania udzielony przez tymczasowego Szeryfa był dosyć nieoczekiwany. Przywykł do rezerwy, z jaką go tu traktowano, wobec czego spodziewał się stałego nadzoru i patrzenia na ręce; właściwie owego nadzoru nie miałby nawet za złe, zważywszy na pewne przywary charakteru, które czyniły z niego jednostkę nieobliczalną. To, co przydawało się w Kolumbii czy Meksyku, tutaj stanowiło widoczną wadę, która mogła mu sprowadzić na głowę jedynie problemy. Tak się zresztą już stało. Ciężko było stwierdzić, na ile to zaufanie wynikało z faktu, że już się z Domingo trochę znali. Nie zamierzał w to jednak wnikać. Skinął Ariasowi głową z aprobatą, po czym odprowadził go wzrokiem. Dopiero gdy Domingo znalazł się poza ich zasięgiem, przeniósł przeszywającą czerń tęczówek na skazańca, a na usta wpełzł mu złośliwy uśmiech.
Z tym chowaniem urazy w jego przypadku bywało doprawdy różnie; gorsze przewinienia niż zdradę puszczał płazem, choć od tamtego momentu zawsze miał już na delikwenta oko. Nie od dzisiaj wiadomo, że ten kto raz zgrzeszy, zrobi to ponownie. O naturze grzechu wiedział wszak wszystko i czasu do końca świata nie wystarczyłoby mu na to, by zrobić własny rachunek sumienia. Całkiem ironicznie nie miał pojęcia, jak niewiele do owego końca zostało. Teraz jednak nie zajmował się własnymi przewinami, a cudzymi. Całkiem miła odmiana, skoro od ponad tygodnia nie robił nic ponad katowanie samego siebie niechcianymi myślami. Te wypełzały z otchłani świadomości nawet tutaj, teraz, jakby przewożona przez niego księga jedynie uwypukliła wszystko to, czego nie chciał powiedzieć na głos.
Dostałem przez ciebie wpierdol stulecia, d'Alviano — zaczął upiornie pogodnie, zważywszy na okoliczności. Przykucnął naprzeciwko Dantego, tak by móc spojrzeć mu w oczy, poprawiając wpierw nogawki spodni garnituru. Spokój wampira go drażnił; zmanierowanie, które wyzierało z jego postawy również. Skazany nie miał mu najwyraźniej nic do powiedzenia, a i Santiago niezbyt interesowały pobudki, które kierowały wampirem gdy nieszczęsne słowa padły z jego ust przed kilkoma dniami, dając pożywkę kamerom. Mimo irytacji, Medoni wciąż się jednak uśmiechał.
W ramach naszej znajomości, puściłbym to płazem. Każdemu może zdarzyć się chwila słabości, każdy może napotkać to jedno, wyjątkowe drzewo, od którego nie będzie mógł się oderwać... — Umilkł, spoglądając gdzieś w bok z obliczonym na efekt zastanowieniem, jakby sam rozważał przyklejanie się do drzew, ilekroć natrafi na to odpowiednie. Jakby za przydługawą opowieścią miało się kryć jeszcze coś. Jakiś morał. Tak naprawdę kryła się jedynie ironia i nieszczególnie wyszukane poczucie humoru, które stanowiły mu jedyną rozrywkę w sytuacji, w której innym nie byłoby do śmiechu. — Ale potem dajesz się nagrać, jak pierdolisz takie... Locuras i pokazujesz tym samym, ile to wszystko dla ciebie znaczy. Słabe, nawet jak na moje standardy. A te są bardzo, bardzo niskie od pewnego czasu — dokończył, kładąc nacisk na bardzo. Spoważniał, każdy wyraz wymawiał dobitnie i wyraźnie, kalecząc spółgłoski "r" południowym akcentem. Czasy, gdy kierowały nim takie czy inne zasady moralne minęły bardzo dawno, ale nawet z jego, Medoniego strony, nie padłoby podobne sformułowanie. Wtedy jednak zastanowił się chwilę. Planujesz zrobić to samo. Mógł tłumaczyć sobie, że targnięcie się na Kanclerza to coś innego. Mógł zasłonić się tym, że Torrero był chujem i wszystkim będzie bez niego lepiej, że skrzywdził wielu ludzi. Tylko że tak naprawdę wiedział, jakie to złudne. Szukał zemsty tylko i wyłącznie dla siebie. Żądał wendety za to, co mu odebrano. Luciano nie miał niczego, co by kochał, prócz własnej, żałosnej egzystencji i kupy swoich pieniędzy. Odebranie tego drugiego nie byłoby efektywne; pieniądze dało się zarobić. Ale życia już nie odzyska. Zamieni się w proch, a Santiago osobiście zadba o to, by wymazać go z historii tak, jak on wymazał jego ludzkie życie. Jeśli miał przy tym umrzeć, niechże tak się stanie. Wszystko było lepsze niż to, czym stał się teraz.
Strasznie jesteś dzisiaj mało rozmowny — westchnął, a podnosząc się do wyprostowanej pozycji, poklepał go protekcjonalnie w ramię. Gest pozbawiony był intencji, z jaką wykonał go wcześniej Domingo; teraz był jawną kpiną. A chociaż pozbawienie życia skazańca, który miał związane ręce i klęczał w błocie nie należało do ulubionych zajęć, nie chciał dzisiaj oddawać się szałowi. Nie chciał patrzeć na świat przez szkarłatną furię, kiedy tylko wyczuje zapach pierwszej krwi. Nie chciał dawać mu szansy stanąć do sprawiedliwej walki. Stanął za plecami starszego wampira, obracając w dłoniach swobodnie duży, myśliwski nóż, jakby stanowił przedłużenie jego ręki.
Pozdrów ode mnie Luciano, kiedy już do ciebie wpadnie — rzucił cicho, tak by usłyszał to tylko Dante. Nóż służący do oprawiania zwierzyny i przecinania gałęzi, wbił się w mięśnie, kość i rdzeń kręgowy jak w masło. Głowa upadła na ściółkę z głuchym tąpnięciem. Ciało jeszcze przez chwilę utrzymało się w prostej pozycji, nim Santiago kopnięciem w plecy przewrócił je w błoto. Krew nie trysnęła malowniczo; lała się leniwie, gęsta i ciemna, tak inna od człowieczej. Podniósł ostrze na wysokość oczu, przeciągnął po nim językiem, po czym splunął na bok, krzywiąc się. To nie to. Otarł nóż o koszulę trupa, nie spiesząc się szczególnie.
Zakopcie ciało — oświadczył strażnikom, schylając się po odciętą głowę. Złapał za włosy i podniósł, bez większego obrzydzenia. Ostrzem podważył kły; pod odpowiednio mocnym naciskiem dziąsła ustąpiły, a Santiago wyrwał zaostrzone zęby ze szczęki i podrzucił w dłoni, jakby zbierał skarby dla zębowej wróżki.
Wyślijcie to. To pannie Graves, to do Sorrentino — zbliżył się do tego strażnika, który nie miał rąk zajętych łopatą. Wręczył mu odciętą głowę i kły. — Z najszczerszymi pozdrowieniami — dodał z kpiącym uśmiechem, gdy był pewny, że strażnik wiedział co ma zrobić. Jego robota na dzisiaj była odwalona. Sądził, że być może sprawi mu to choćby zalążek satysfakcji, ale tak się nie stało. Tylko jedna głowa ściskana w garści mogła go usatysfakcjonować, wiedział to. Dzisiaj jednak nie zamierzał już o tym myśleć. Pożegnał się ze strażnikami skinieniem głowy, gdy ci zakopali ciało. Nawóz dla drzew. Tym miał się stać d'Alviano.

— z/t —






[You must be registered and logged in to see this link.]
I want to rip out your throat with my bare teeth so you may never speak such foul words again
Powrót do góry Go down
Sponsored content
Sponsored content
Powrót do góry Go down
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry Strona 1 z 1
Skocz do: